8 lutego 2014

Infox2

Dodałam rozdział siódmy, który napisałam już jakiś grubszy czas temu. Wróciłam, choć nie wiem na jak długo. Sama mam nadzieję, że na jak najdłużej, niczego nie moge zagwarantować. Nie podoba mi się już to opowiadanie i ciężko mi się pisze, ale postaram się je skończyć, może da się jeszcze zrobić z nim coś ciekawego. Mam za to parę innych projektów, które mam nadzieję tu opublikować, no ale, zobaczymy co przyniesie czas. Peace & love :)

Episode Seven

Obudziło mnie nieprzyjemne dźganie w ramie. Wkurwiony chciałem bez otwierania oczu przegonić to coś ręką, ale nie ustępowało. W końcu odwróciłem się, leniwie uchylając powieki. Na łóżku siedział ten mały gówniarz, jakby nigdy nic gapiąc się na mnie przytulającego Andy. Czy to było serio takie dziwne z jego perspektywy?
- Co jest, młody? – Ziewnąłem.
- Czemu tu spałeś? – zapytał spokojnie, przyglądając mi się bacznie.
- Bo chciałem spędzić więcej czasu z twoją mamą. – odpowiedziałem mu bez owijania w bawełnę. Spojrzałem na Andy która jeszcze się nie obudziła. – Możesz tu wpaść za parę minut? – uniosłem brew, zwracając spojrzenie znowu na Kennetha. Wzruszył tylko ramionami i wyszedł z pokoju. W sumie dość kompromisowy jak na dzieciaka. Odgarnąłem Andreii ciemne kosmyki z twarzy i musnąłem ustami jej skroń, następnie podążając nimi coraz niżej, po linii szczęki, delikatnie zahaczając o jej wargi. Uśmiechnęła się lekko i mruknęła coś niezrozumiałego, a potem przewróciła na plecy i spojrzała na mnie swoimi jasnymi oczami.
- Która godzina…? – ziewnęła.
- Po dziesiątej. – odpowiedziałem jakimś takim wyjątkowo spokojnym głosem, wpatrując się w nią i samemu czując wewnątrz jakiś taki wyjątkowy spokój. Przeciągnęła się, nie wiedząc chyba jak zajebiście jej piersi w tej pozie wyglądały. Podniosła się do pozycji siedzącej i odgarnęła włosy do tyłu. Złapałem się na tym, że bezwiednie drapię się cały czas po łydkach, dosłownie kurwa nie mogąc przestać. Rozejrzałem się dookoła, od razu tracąc ten wewnętrzny spokój kiedy dotarły do mnie pewne fakty. Wyleciałem z łóżka jak z procy, rzucając się do swoich spodni i koszuli i zaczynając je przeszukiwać.
- Izzy… Wszystko w porządku…? – usłyszałem za sobą. Andy wstała z łóżka i podeszła do mnie, kiedy olałem jej pytanie, z desperacją szukając małego woreczka w którym powinny znajdować się resztki heroiny. Na pierdolone szczęście w końcu udało mi się go wygrzebać. Schowałem go w dłoni, którą zacisnąłem w pięść.
- Tak, okay… musiałem tylko coś znaleźć.
- Co takiego? – zapytała, uśmiechając się jak ciekawska gówniareczka, która chce podstępem podejść starszych żeby jej powiedzieli co dostanie na święta. Była urocza.
- Nic… nieważne. – mruknąłem, nie potrafiąc skupić myśli teraz nawet na niej. Zacząłem delikatnie dygotać, ale starałem się to jakoś powstrzymywać. – Słuchaj… Zaraz przyjdę, idę się ubrać i w ogóle.
Nie czekając na jej odpowiedź porwałem jedynie kurtkę i pomknąłem do łazienki. Z kurtki wyciągnąłem strzykawkę, zamocowałem nową igłę i zacząłem robić sobie działkę. Łapy trzęsły mi się jak kurwa mać. W końcu wbiłem się, parę sekund później czując już ogarniające mnie, znajome ciepło i ukojenie. To było to, w ten sposób mógłbym funkcjonować już zawsze. Zawsze być w takim stanie jak teraz. Westchnąłem cicho, zamykając oczy i rozkoszując się działaniem narkotyku przez tą krótką chwilę. Wróciłem do sypialni Andy po paru minutach , w bokserkach i kurtce.
- Zapomniałeś chyba czegoś. – uniosła brew, uśmiechając się lekko. Jebnąłem kurtkę na krzesło i położyłem się obok niej. – Co to było?
- Co? – spojrzałem na nią zaskoczony.
- Wylatujesz z pokoju jakby się paliło, niby się ubrać, a nawet nie bierzesz ubrań. Teraz wracasz i jakby nigdy nic się kładziesz.
- Źle się poczułem… Daj spokój. – starałem się uciąć temat, ale ona nie była głupia. Wydawało mi się, że może coś podejrzewać. Byłem wręcz pewien, że tak jest, nie komentowała tego jednak, uznając pewnie, że nie jest to już jej interes.

Wpatrywałem się w nią, jak robi śniadanie, rozmawiając i żartując z tym małym gówniarzem. Nie wiem jak to określić, ale czułem wtedy coś takiego… coś, co mi się kurewsko podobało, coś co sprawiło, że cały czas uśmiechałem się jak głupi. Przez chwilę moje myśli nawiedził obraz szczęśliwej rodzinki, ze mną w roli głowy rodziny. Czegoś bardziej absurdalnego chyba jeszcze świat nie widział.
- Dzięki. – uśmiechnąłem się i zacząłem wpierdalać jajka z bekonem, które postawiła przede mną Andy.
Po śniadaniu siedzieliśmy w salonie, zacząłem dogadywać się z młodym i w sumie stwierdzam, że fajny z niego dzieciak. Wyrośnie na ludzi. Po czternastej zostałem niestety grzecznie wyproszony, bo za niedługo Andy musiała zbierać się do pracy. Była kelnerką w jakiejś restauracji… chuj wie gdzie. To dlatego nie mogłem znaleźć jej więcej w Rainbow. Ciekawe dlaczego zmieniła robote.

Cały mój czas starałem się zorganizować jakoś tak, żeby poświęcać go w takim samym stopniu na nagrania, jak i na spotkania z Andy i tym młodocianym bandytą, do którego w sumie dość mocno się przywiązałem. Zabierałem go na spacery, koncerty, do studia… Podobało mu się co robimy, podobała mu się muzyka, a jak widzi się takiego dzieciaka, który już wie co dobre, to normalnie aż serducho się raduje. Guns N’ Roses zaczęło pracę nad mini albumem. Zamierzaliśmy umieścić na nim nasze dwa najlepsze kawałki, Reckless Life i Move To The City. Poza tym mieliśmy w planach dwa covery, więc że tak powiem, zbytnio się nie napracowaliśmy. Tym bardziej że nagrywaliśmy całość niecałe dwa dni. Siedzieliśmy w studiu od rana do nocy, chlejąc i ćpając, a na nagrania poświęcając ledwie pięć godzin łącznie. Byliśmy jednak dumni z efektu. Nasza pierwsza, kurwa, prawie płyta! Od razu po zakończeniu pracy nad nią musieliśmy to oblać. Poszliśmy więc wieczorem do Cathouse, a ja postanowiłem zabrać tam Andy. Wcześniej nie spotykaliśmy się nigdy wszyscy razem. Znaczy, ona nie znała ich, bo w sumie to tego nie chciałem. Fajnie spędzało mi się z nią czas, ale nie byłem pewien jak może to wyglądać  w towarzystwie moich kolegów. No i  Axl. Niekoniecznie pasowało mi to, że będą przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu. Nie wiem dlaczego. Rzekłbym, że przypominało to zazdrość, ale zazdrosny nie byłem. No kurwa, niby o co…? Przecież Andy nie była moja. Niestety.
- Jak kurewsko miło nam was ugościć. W samą porę Stradlin, chodź zatańczyć. – Slash wstał i klepnął mnie w ramię. Andy spojrzała na mnie rozbawiona.
- Zaraz wrócę. Nie pytaj… - wymusiłem uśmiech i poszedłem z Hudsonem do kibla, żeby uzupełnić krew w potrzebne substancje. Kiedy wróciliśmy szczęśliwi i pełni życia, wszyscy zajęci byli rozmową i chlaniem.
- To kiedy tu przyjechałaś…? Ile już tu siedzisz…? – wypytywał ją Duff, wyraźnie chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę żeby nie czuła się z nami niekomfortowo. On wbrew pozorom był inteligentny. Był też przyjazny i otwarty, i kiedy ktoś był nowy, jak teraz Andy, zawsze chętnie pomagał się odnaleźć w naszym towarzystwie. Robił to tym chętniej kiedy była to dziewczyna, bo kutas doskonale potrafił wczuć się w rolę uroczego, miłego i wyrozumiałego kolegi, tym samym szybko zyskując największą sympatię i mając kolejną pannę w łóżku. Ale tej nie uda mu się przelecieć, więc niech nawet chuj o tym nie myśli.
-  Andy, Izzy mówił że wpadłaś. Kiedy, kurwa? Z kim? – usłyszałem głos Axla, siedzącego naprzeciwko Andy. Wpatrywał się w nią uważnie, a ja po jej minie widziałem już, że będzie niedobrze.  
- Um… To… skomplikowane… - spojrzała na mnie z wyrzutem i żalem. Pewnie pomyślała, że rozgadałem całemu Hollywood, że ma dziecko i że przy okazji jeszcze nieźle na nią nawrzucałem. Mruknęła coś, że źle się czuje i bez żadnych bardziej szczegółowych wyjaśnień wyszła. Bez zastanowienia wstałem i wyleciałem za nią.
- Andy… poczekaj! – złapałem ją za rękę, ale wyrwała się. – Posłuchaj...
- Czego? – odwróciła się w moją stronę. Nawet nie była zła. Chyba.
- Przepraszam… nie powinienem o tym mówić Axlowi. To twoje sprawy i w ogóle...
- Izzy… wyluzuj. – uśmiechnęła się lekko. – Wpadłam. Trudno… Ale Kenneth to mój syn, nie wstydzę się go i nie mam zamiaru wyrzekać czy robić z tego jakiś temat tabu. – wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok, a ja wpatrywałem się w nią cały czas uważnie. Bez słowa objąłem ją i zaczęliśmy iść w stronę jej domu. Było mi głupio, ale musiałem zapytać.
- Czyj… czyj on jest? Jeśli… znaczy… albo nie mów. Albo poczekaj… czy… czy on jest Axla? – zatrzymałem ją i udało mi się to w końcu wydusić. Widziałem jej zaskoczone spojrzenie. – Nie mów nic innego… chce wiedzieć tylko tyle. Tak, albo nie. Jest jego, czy nie? – przewiercałem ją spojrzeniem, czując jak serce coraz bardziej mi przyspiesza. Zależało mi na tym, żeby to wiedzieć. Modliłem się w duchu, żeby odpowiedziała przecząco. Nie wiem czemu, ale kurwa zajebałbym się gdyby to dziecko było jego. Najpierw w sumie zajebałbym rudego, potem siebie. To chore, wiem. Zależało mi na tej dziewczynie i to cholernie. Zaakceptowałem Kennetha, przywykłem do tego, że Andrea poświęca i będzie poświęcać mu wiele czasu, że dojrzała, jest teraz matką i została zmuszona do prowadzenia dorosłego życia. Że nie będzie już tak jak było kiedyś. Kurwa… właściwie to oboje dorośliśmy. Nie jesteśmy już gówniarzami, tylko że mnie akurat jakoś to umknęło. W każdym razie byłem gotów rzucić wszystko, żeby tylko w jakikolwiek sposób być blisko z Andy. Ale gdyby okazało się, że Keny jest dzieciakiem Axla… Nie mógłbym już chyba normalnie przebywać w jego towarzystwie. Przypominałby mi tylko ciągle o sytuacji która zaszła w Lafayette, o wyborze Andrei, o tym co działo się później… Myślcie o mnie co chcecie. Jestem skurwielem, jestem jebanym chujem bez uczuć… ale tamto naprawdę mnie zabolało. Nigdy do żadnej dziewczyny nie czułem czegoś takiego jak do niej i nigdy nic nie zadało mi tyle bólu jak właśnie ona. Cholera, pamiętam przecież jak nie wychodziłem z domu przez tydzień. Wiem, że kurwa nawet wtedy płakałem. Raz mi się tylko zdarzyła taka akcja. Właśnie wtedy. Więc… no… zrozumiecie albo nie. Po prostu musiałem to wiedzieć.
- Izzy… my… myślałam, że… To wszystko jest oczywiste… - patrzyła na mnie zaskoczona, a ja ponaglałem ją spojrzeniem do szybszej odpowiedzi. – Nieważne zresztą. Nie, nie jest Axla, co do tego możesz być pewien.
O kurwa. Jaka ulga! Kamień spadł mi z serca, aż musiałem głębiej odetchnąć. Byłem tym wszystkim tak podekscytowany, że nie zauważyłem nawet tego, że Andy jakoś dziwnie się zasmuciła. Kompletnie nie myśląc o tym co robię, przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem. Staliśmy pod jej domem, a ja obejmowałem ją i całowałem. Zajebiście było znowu poczuć jej usta. Jej delikatne dłonie wplecione w moje włosy. Dopiero po jakiejś dłuższej chwili się od siebie odsunęliśmy. Wpatrywałem się w nią z uśmiechem, wpatrywałem się w jej uśmiech. Oczy jej się zaszkliły i zaśmiała się cicho. Nie mówiła jednak nic.
- Kurwa… jestem… Jestem tak zajebiście szczęśliwy. Jestem pojebany, wiem, dlatego tez nie masz po co pytać skąd to szczęście. Nie obchodzi mnie czyj jest… Jeśli nie jest Axla… kurwa, ale zajebiście… - znowu odetchnąłem z ulgą, ale ku mojemu zaskoczeniu, po tym co wybredziłem uśmiech zszedł jej z twarzy. Otworzyła usta, jakby chcąc coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnowała. Odepchnęła mnie lekko od siebie i otworzyła drzwi, wchodząc bez słowa do domu. Zawołałem, ale zamknęła mi je przed nosem. Nie miałem pierdolonego pojęcia co siedziało jej w głowie. Po paru minutach stania i gapienia się w jej drzwi udałem się w stronę domu.

Obudziły mnie drgawki. Kurwa, co się ze mną dzieje. Przesunąłem dłonią po twarzy. Doskonale wiedziałem co się ze mną dzieje. Wiedziałem też że najwyższa pora coś z tym zrobić. Ale… ale nie dzisiaj. Wstałem i zrobiłem co trzeba, a kiedy na nowo poczułem życie poszedłem wziąć prysznic i coś zjeść. Oglądałem wiadomości, myśląc o tym, co wydarzyło się wczoraj. Czemu Andy tak się zachowała? Co jej, kurwa, zrobiłem? I nagle poczułem ogarniające mnie szczęście. Dzieciak nie jest Axla! Z drugiej jednak strony coś nie dawało mi spokoju. Myślałem, że to ta „złość” Andy na mnie. Ale nie chodziło tylko o to. W sumie to… kurwa. Nie wiem. Poszedłem odłożyć talerz do zlewu i zacząłem robić sobie kawę. Wyszedłem do sypialni i zacząłem szukać jednego albumu. Nie wiem czemu, ale jakoś tak wzięło mnie na znalezienie naszych starych zdjęć. Moich i Andy. Prawie nie pamiętam jak wtedy wyglądaliśmy, a chciałem zobaczyć dokładnie jak się zmieniła. Co się zmieniło… Przeszukiwałem ten album i akurat wypadło z niego zdjęcie. To było to, kosmiczna świadomość. Jak chuj w to wierze. Łapiecie, o co chodzi? Całe te zbiegi okoliczności, to że los robi wszystko po swojemu. To jest to, i  to miało miejsce teraz. Podniosłem zdjęcie siebie za gówniarza. I miałem takie kurwa… wrażenie… jakbym dostał z liścia. A potem zatrzymało mi się serce. Potem oddech przyspieszył… Co było potem to już nie pamiętam. Wiem, że od razu zerwałem się i pobiegłem do mieszkania Andy a po głowie kołatała mi się jedna, jedyna myśl. Dlaczego Kenneth wygląda jak ja w jego wieku?!

Waliłem do drzwi, jakbym chciał zaraz je wyważyć. Po chwili otworzyła mi zaspana. Nie wiedziałem która była godzina, nie obchodziło mnie  to. Odepchnąłem ją i wszedłem bez pozwolenia do środka.
- Co ty robisz?! – podniosła na mnie głos, zaskoczona.
- Czyje to dziecko? – mój głos był spokojny, ale stanowczy i kurwa głośny. Wpatrywała się we mnie zaskoczona, jakby nie była w stanie nic z siebie wydusić i się ruszyć. W tym momencie nie koniecznie mi to odpowiadało. – Czyje?! – krzyknąłem, a zza drzwi swojego pokoju wyszedł Kenneth. Nie zwracałem na niego uwagi.
- Keny, wróć do pokoju…
- Odpowiadaj mi, kurwa, na tym się skup! – krzyczałem na nią, nie panując nad sobą. 
Wiedziałem, że mogę ją tym wystraszyć i pewnie też to zrobiłem, ale miałem to w dupie. Musiałem otrzymać od niej odpowiedź. W jej oczach pojawiły się łzy. Znowu to uczucie. Znowu doprowadziłem ją do łez. Jak kiedyś. To chyba mój talent.
- T… Twoje.
Jedynie tyle padło z jej ust. Teraz to ja zamarłem. Czy się tego spodziewałem…? Tak. Wyglądał identycznie jak ja, kiedy byłem w jego wieku. Miał sześć lat. A ja pieprzyłem Andy siedem lat temu. Nie założyłem gumki, miałem na to wyjebane. Nie wiedziałem, dlaczego nie wpadłem wcześniej na to, że jest mój. Chociaż w pewnym sensie przeczuwałem to. Przez jakiś czas nachodziły mnie takie myśli, ale szybko je od siebie odganiałem, uważają, że to niemożliwe. Skierowałem swój wzrok na ciemnowłosego dzieciaka. Miał moje oczy, włosy, twarz. Ale kurwa sposób, w jaki patrzył to miał po matce. Przenikliwy, czujny… Nie wiem jak to określić. W każdym razie byłem w jebanym szoku. Nie wiedziałem co powiedzieć. Wiedziałem jaka będzie jej odpowiedź, ale i tak uderzyło to we mnie z cholerną mocą. I co teraz? Od ponad sześciu lat mam syna. I nawet o tym nie wiem. W dodatku mam syna z kobietą moich marzeń. Zajebiście, nie? A jednak…
- Izzy…
- Czemu nie powiedziałaś mi od razu? – przerwałem jej. Tak, miałem o to cholerny żal.
- Nie chciałam… Nie chciałam żebyś nas zostawił. Nie wiedziałam jak zareagujesz, chciałam… czekałam żebyś…. Myślałam, że może sam się domyślisz… Po prostu… bałam się.  – głos jej drżał. Westchnąłem głośno i odgarnąłem sobie włosy z czoła.

- On wie…? – zapytałem ciszej, mówiąc o Keny’m. Pokręciła przecząco głową, a po policzkach spłynęło jej jeszcze więcej łez. Byłem zdenerwowany. Niesamowicie wkurwiony, ale kiedy patrzyłem na nią, zapłakaną i na skołowanego Kennetha… mojego, kurwa, syna… Nie mam pierdolonego pojęcia, co wtedy czułem. Podszedłem do Andy i przytuliłem ją mocno do siebie. Rozpłakała się jeszcze bardziej, wtulając we mnie. Mamrotała, że przeprasza, że nie chciała… Nie interesowało mnie to specjalnie. Zastanawiałem się co teraz będzie. Nie zostawię ich, to było pewne. Chciałbym być dla nich mężem i ojcem. O kurwa, jak to brzmi… dobre, nie? To mogłoby wypalić, gdybym nie był ćpunem. Alkoholikiem, dziwkarzem, muzykiem z wątpliwą przyszłością. To wszystko… będzie trudne. 

7 września 2013

Info

No więc dodałam rozdział szósty, który może być zarazem ostatnim. Trwało to tak długo, bo zastanawiałam się nad tym czy jest sens w ogóle dalej się w to bawić. To cholernie irytujące i smutne zarazem, kiedy wnioskując po komentarzach, widzę, że osoby czytające tego bloga zliczyć się da na palcach jednej ręki. Zdemotywował mnie ten fakt, bo skoro widzę ile osób tutaj wchodzi (ich swoją drogą też zbyt wiele nie jest), a komentarze zostawiają od początku jedynie dwie, trzy osoby, to mogę myśleć jedynie, że albo treść jest niewarta nawet krytycznego komentarza, albo czytelnicy są strasznie leniwi. Ludzie są dziwni, mogą być już tylko dziwniejsi, w to wolę nie wnikać. Tak więc, wracając, nie mam zamiaru pisać, publikować tym bardziej czegoś, co jest tandetne. Szkoda, ja też żałuję. Pewnie nawet bardziej. Na początku myślałam, że będzie inaczej. Dziękuję tym paru osobom, które podjęły się tak bardzo pracochłonnego zadania jakim jest napisanie krótkiego komentarza pod każdą notką. Peace & love people!

Episode Six


Rose przystał na plan Duffa po kolejnej kłótni, w czasie której doszło do rękoczynów i złamał Tracii’emu nos. Axl za to skończył na ostrym dyżurze ze statywem wbitym w głowę. A… a nie, ta część ze statywem to akurat był mój sen. Axl wyszedł z tego niestety cały i zdrowy. Dzień później poszedł do Tower Records, gdzie pracował jakiś czas z Hudsonem (dopóki nie wyjebali go za podburzanie i rozpijanie pracowników) i złożył mu propozycje grania z nami. Kudłaty mulat nie był zbytnio przekonany, ale w końcu zdecydował się na współpracę. Lubiliśmy się... irytował mnie jednak fakt, że wpierdalał się ze swoją gitarą ponad wszystkich,  nie koniecznie odpowiadał mu bas i druga gitara, i często po prostu nas ignorował, grając po swojemu.  Trzeba mu przyznać, że swego czasu zachowywał się jak zarozumiały, rozpieszczony kutas.
Duff, zadowolony ze zmiany gitarzysty, z tego szczęścia zorganizował nam nawet trasę.  Pięć koncertów i to kurwa płatnych. Do dziś nie wiem jak udało mu się to osiągnąć,  kurwa, ale byłem z siebie zajebiście dumny. No, z niego też oczywiście, ale z siebie bardziej, bo od samego początku wiedziałem przecież, że ten punkor z Seattle był darem od niebios. Kiedy tak siedzieliśmy u McKagana i rozentuzjazmowani wyobrażaliśmy sobie jak będzie wyglądać nasza pierwsza trasa, Jason jakoś dziwnie zbladł. Chyba nie spodobała mu się opcja przejechania prawie dwóch tysięcy kilometrów z… no… nami. Nikt jednak jakoś specjalnie nie przejął się jego odejściem. Oprócz Duffa oczywiście, który od razu zaczął panikować. Pamiętam że niecałe parę sekund po opuszczeniu lokalu przez Jasona, Slash sięgnął po telefon wykręcając numer jakiegoś swojego kumpla,  a niecałą godzinę później w drzwiach zjawił się wyszczerzony, opalony blondyn rodem ze słonecznego patrolu. Brakowało tylko desek surfingowych w miejsce bębnów. Przywitał się, rozłożył swój zestaw, o parę razy bardziej rozbudowany niż tego oczekiwaliśmy i zaczął grać. Był dobry. Nawet bardzo. Kipiała z niego energia kiedy napierdalał w te wszystkie bębny, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Po paru minutach wstał, zakręcił pałeczkami i podrzucił w górę, chcąc później ostentacyjnie je złapać. Skończyło się na tym, że jedna po drugiej przypierdoliły mu w głowę. Ten ostatni akt urzekł nas tak bardzo, że przyjęliśmy Adlera bezapelacyjnie. Pozostała jednak kwestia nadmiaru bębnów. Nikt z nas nie miał serca kazać mu ich wyjebać, poszliśmy mu więc na rękę i kiedy blondyn polazł do kibla, wypierdoliliśmy ich część przez balkon wychodzący na tyły budynku. Kiedy wrócił, poświęcił prawie pół godziny na sprawdzanie czy nie zgubił ich w drodze do kibla, albo czy czasami nie ma ich w którejś kieszeni, aż w końcu darował sobie i zagraliśmy pierwszą piosenkę całą piątką. Od razu wiedziałem, że to było to. Slash oswoił się już z tym, że nie jest jedynym członkiem zespołu który szarpie struny, Steven idealnie wybijał dla nas rytm, a kiedy wszedł Axl z wokalem od razu to poczuliśmy, cała piątka. To coś, ten dreszcz, od razu pojawiła się między nami chemia. Tak, brzmi to pedalsko w chuj, ale tak właśnie było. Graliśmy do późnego wieczora, a potem poszliśmy się najebać w ramach zacieśniania więzów. Dwa dni prób później, byliśmy już w naszej pierwszej trasie. Skołowaliśmy samochód od Jacka, mojego i Axla byłego współlokatora i wyruszyliśmy w piątkę, z całym sprzętem w przyczepie w stronę Seattle.

Pierwsze komplikacje pojawiły się parę kilometrów za Los Angeles. Auto odmówiło dalszej współpracy i byliśmy zmuszeni dopchać tego złoma na pierwszą stację jaka była po drodze, a była ona oddalona o jakiś kilometr od nas. Szczęście w nieszczęściu. Wszyscy byliśmy cholernie wkurwieni. Duff poszedł zaopatrzyć nas w zimne piwa, ja i Slash staliśmy, opierając się o samochód i paląc. Axl starał się myśleć, a Steven miał wyjebane. W końcu przyszedł nasz basista z alkoholem i podjęliśmy decyzję. Zapierdalamy łapać stopa, bo nie opłaca nam się czekać na zbawienie na tym zadupiu. Tak więc przez kolejne godziny staliśmy przy drodze i staraliśmy się kogoś złapać. Zaczęło się już ściemniać, kiedy w końcu jakiś stuknięty kierowca tira zatrzymał się żeby nas zabrać. Prawie dwadzieścia godzin wysłuchiwania jego bełkotu i wąchania smrodu jego i naszej piątki. To było ponad wszystko, kurwa. Już chyba wolałbym wtedy zapierdalać piechotą. Po tych najgorszych godzinach mojego zasranego życia wysiedliśmy z tej ciężarówki i postanowiliśmy dotrzeć do Seattle w jakikolwiek inny sposób. Tak, do Seattle, czyli tam gdzie miał być ostatni z naszych pięciu koncertów. Niestety, tamte cztery poszły się jebać, bo i tak byśmy na nie nie zdążyli. Żadne z nas jednak jakoś specjalnie się tym nie przejmowało, dla każdego najbardziej liczył się właśnie ten ostatni koncert w Seattle. Tylko on nam został i musieliśmy dopiąć swego. Po prostu, kurwa, musieliśmy. Dotarliśmy do tego nieszczęsnego miasta parę godzin przed koncertem. Kumpel Duffa, Joe przyszykował dla nas imprezę powitalną. To było coś. Po tych dniach męczarni w końcu alkohol, narkotyki i laski. McKagan skołował od zaprzyjaźnionego zespołu perkusję i wzmacniacze, i po zrelaksowaniu się na imprezie przyszedł czas na koncert. Może nie był profesjonalnym koncertem jaki sobie wyobrażaliśmy, może nie graliśmy na wielkiej scenie tylko w zatęchłym pubie dla punków i nie trwało to więcej niż pół godziny, ale i tak było zajebiście. Zagraliśmy wszyscy razem, przekazaliśmy to co chcieliśmy, pokazaliśmy się poza sceną LA i przede wszystkim kurwa, udało nam się. Byłem z siebie zajebiście dumny. No dobra, z NAS. Siedzieliśmy i imprezowaliśmy w Seattle jeszcze chyba trzy dni, aż jakaś laska zaoferowała się że podwiezie nas do LA. Bez zbędnych pytań wjebaliśmy się do jej samochodu i wyruszyliśmy do domu. Kurwa, i to była kolejna wyczerpująca, nieprzyjemna i ogólnie chujowa podróż. Kiedy już wróciliśmy do Hollywood, miałem ochotę paść na kolana i całować betonowa ziemię.
- Stęskniłem się za tym zanieczyszczonym powietrzem. – mruknął Slash, biorąc głęboki oddech a chwilę potem odpalając papierosa.
- Idziemy się dzisiaj najebać. – Zarządził Axl, na co wszyscy chętnie przystaliśmy.

Każdy z nas miał po dwadzieścia dolców, które otrzymaliśmy za koncert w Seattle. Zgodnie ustaliliśmy, że najlepszym sposobem na wydanie ich będzie przepicie. Poszliśmy do Roxy, korzystając z tego że ktoś dzisiaj grał i Slash z Adlerem mogli spokojnie wejść do środka. Akurat na scenie był jakiś młody, glamowy zespół. Skończyli przed dwudziestą trzecią i w końcu dało radę normalnie porozmawiać. Mimo to ja nadal wgapiałem się beznamiętnie w stół, sącząc swoje wino i myślałem nad tym gdzie podziewa się Andy. Po prostu nie mogłem się od niej odpędzić, ciągle siedziała mi w głowie. Miałem do niej tyle pytań. Chciałem… kurwa, przeprosić. Wtedy miałem na wszystko wyjebane. Teraz w sumie nie wiele się zmieniło, ale wiem że w stosunku do niej postąpiłem niesłusznie. Nie powinienem być taki ostry. Moje odczucia co do niej zmieniały się częściej niż wcześniejsze składy zespołów. Nie panowałem nad tym, w jednej chwili jej nienawidziłem, w drugiej cholernie za nią tęskniłem i było mi jej szkoda. To było pojebane i powoli zaczynało mnie męczyć. No bo ileż można? Pół roku temu zobaczyłem ją za barem, zamieniliśmy parę słów i jeb. Ciągle siedzi mi w głowie. Wstałem, żeby wyjść zapalić. Przed Rainbow stało od chuja ludzi, dzieciaki łaziły po ulicy, w ciemniejszych uliczkach pomiędzy budynkami co chwila znikały jakieś osoby, żeby po chwili wyjść stamtąd z prochami w kieszeni. Skończyłem palić i rozejrzałem się jeszcze raz. Jestem tu już sześć lat. Sześć, pierdolonych lat. Mogę śmiało nazywać to miejsce domem.

Następny dzień spędziliśmy na próbach w Silverlake. Vicky pomogła załatwić nam salę do ćwiczeń, gdzie mogliśmy spędzać całe dnie, czasem nawet tam spaliśmy. Choć możliwe jest też, że tylko nam się wydawało, że możemy tam tyle siedzieć… W każdym razie nikt nas nie upominał. Pod koniec lipca oblewaliśmy urodziny Slasha. Akurat graliśmy wtedy w The Troubadour i  był to jeden z lepszych koncertów. Axl się nie spóźnił, skrzeczał i wił się w ten swój pokraczny sposób, doprowadzając laski do orgazmu. Slash miał na głowie cylinder, który sprawił sobie na urodziny i który jakimś magicznym sposobem nie spadał mu z głowy kiedy ten skakał z gitarą i wyginał się o sto osiemdziesiąt stopni do tyłu. Steven napierdalał w bębny, chuj wie skąd czerpiąc pokłady energii. Duff i ja graliśmy razem, wspomagając Axla w wokalu i oślepiając laski naszą zajebistością. Znaczy, ja oślepiałem je bardziej, to chyba oczywiste. W połowie koncertu stało się coś, o czym nigdy nie pomyślałbym, że może się stać. Przy barze ujrzałem Andy, popijającą jakiś drink i wpatrującą się we mnie. Aż przestałem grać na chwile. Nie patrzyła na Axla. Na żadnego z tych debili, tylko na mnie. Nawet się lekko uśmiechała. Z transu wyrwało mnie dopiero szturchnięcie Duffa. Przeszedłem na drugą stronę sceny, złapałem rytm i znowu włączyłem się do gry. Co chwila spoglądałem na nią,  jakby chcąc się upewnić czy nie mam jakichś dziwnych wizji albo omamów, na przykład na skutek prochów. Ale nie. Była tam, naprawdę tam była. Jeszcze tylko dwie piosenki, tylko dwie. To powtarzałem sobie w głowie jak mantrę, chcąc jak najszybciej zejść ze sceny i do niej podejść. Przywitać się z nią, przytulić.

- Byliście świetni. Nie wiedziałam. że to ty grasz w tym sławnym Guns N’ Roses. – Tymi właśnie słowami mnie przywitała, kiedy podleciałem do niej jak głupi, od razu po odstawieniu gitary.
- Sławnym…? – uniosłem brew, zdziwiony określeniem.
- Wszyscy na Sunset o was mówią. Dziewczyny nie marzą o niczym innym, jak żeby znaleźć się sam na sam z którymś z piątki przystojniaków. – puściła mi oczko, cały czas się uśmiechając. Nie był to wymuszony uśmiech, nie był też tym smutnym uśmiechem który widziałem kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz w LA, ale nie był też tym cudownym, ciepłym uśmiechem jaki zawsze widniał na jej twarzy. Zacząłem się zastanawiać czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczę…
- A ty? – nie mogłem powstrzymać kokieteryjnego uśmiechu. Od razu odwróciła wzrok.
- Powiedzmy, że nie mam teraz czasu na facetów. – wzruszyła ramionami.
- A co cię tak zajmuje? – nachalnie chłonąłem wzrokiem jej twarz, mając gdzieś to, że może jej się to wydawać trochę dziwne. – Przejdziemy się…?
Wyszliśmy na zewnątrz. Nadal nie uzyskałem odpowiedzi na zadane pytanie. Chciałem ją objąć, ale strąciła moją rękę. Usiedliśmy gdzieś na ławce, cały czas milcząc.
- Słuchaj, Andy… - zacząłem i westchnąłem cicho, nie wiedząc jak mam to dalej ubrać w słowa. – Kurwa, no… po prostu przepraszam. Cholernie cie przepraszam, za to co zrobiłem. Wiem, że pewnie mi nie wybaczysz. Kurwa, nawet tego od ciebie nie wymaga. Wiem, że nie zasługuje. Chcę tylko, żebyśmy czasem zamienili ze sobą parę słów… chcę żebyś wiedziała, że… Że kurwa, tęsknię za tobą. I żałuje. Żałuje tego, że wtedy byłem takim zjebanym, egoistycznym gnojem i że tak cię potraktowałem… jeszcze raz cię przepraszam… - tak… nie wiedziałem co powiedzieć, ale jak już zacząłem, to rozgadałem się niemal jak Axl. Wyrzuciłem z siebie wszystko i nagle poczułem się jakoś tak kurewsko lekko i zajebiście, że aż sobie głęboko odetchnąłem. Spojrzałem na nią niepewny jej reakcji. Wpatrywała się w swoje trampki, milcząc przez parę sekund, które zdawały mi się być godzinami.
- Już dawno ci wybaczyłam… - usłyszałem po chwili. – Sama popełniłam mnóstwo błędów. Miałam do ciebie żal, ale po tych wszystkich latach… Nie chowam urazy. – uśmiechnęła się lekko, spoglądając na mnie. Dostrzegłem w tym uśmiechu cień tego prawdziwego. – Dziękuję że przeprosiłeś. Znam cię i wiem, że to naprawdę wielki wysiłek dla ciebie, twojego ego i męskiej dumy. Doceniam to. – zaśmiała się cicho.
- Cholera, jak dawno już nie słyszałem tego cudownego śmiechu… - ups, kurwa. Nie chciałem mówić tego na głos. – Ładnie ci w czerwonym. – mrugnąłem do niej, widząc jak się rumieni.

Rozmawialiśmy jeszcze chyba z godzinę. Głównie wypytywała mnie jak sobie radziłem po przyjeździe do LA, o sobie jakoś nie chciała za dużo mówić. Odprowadziłem ją do domu po pierwszej.
- Dzięki za dzisiaj… - uśmiechnęła się lekko, odwracając się do mnie kiedy już otworzyła drzwi.
- To ja dziękuję. Że w ogóle… zechciałaś ze mną gadać. – pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się.
- Daj spokój. Słuchaj… może wpadniesz do mnie jutro..? Znaczy… dzisiaj.
- Jasne. – w myślach skakałem z radości jak jakiś debil. – O której? Ja mogę o każdej porze.
- Po południu. Trzynasta, czternasta…? To do zobaczenia. – zbliżyła się do mnie niepewnie i pocałowała w policzek, po czym zniknęła za drzwiami.
Czułem się tak zajebisty, jak nigdy dotąd. Delikatnie dotknąłem miejsca w którym jej usta zetknęły się z moją skórą. Wróciłem do domu w niezniszczalnie dobrym nastroju. Umyłem się, wziąłem działkę i położyłem się spać. Nie mogłem się już kurwa doczekać jutra. Znaczy… dzisiaj.
Obudziłem się akurat jakoś przed dwunastą. Przeciągnąłem się leniwie i leżałem tak chwilę, wpatrując się w sufit. Zastanawiałem się, czy to nie był tylko sen. Wtedy na mojej zajebistej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, bo zdałem sobie sprawę z tego, że to była kurwa rzeczywistość. Nadzwyczaj żwawo wyskoczyłem z łóżka i poszedłem się umyć. Tym razem nawet się kurwa ogoliłem i umyłem zęby. To było coś. Ubrałem się jeszcze zajebiściej niż zwykle i użyłbym też jakichś perfum, ale takowych nie posiadałem. Kiedy byłem już gotowy do wymarszu, było trochę po dwunastej. Chyba nie obrazi się, jak przyjdę przed czasem? No ależ skąd, kurwa. Tak więc w końcu znalazłem się przed jej drzwiami i już miałem zapukać, kiedy coś mnie kurwa sparaliżowało. Ja jebie, trema. Normalnie w myślach wyśmiewałem sam siebie, ale serio się bałem. Bałem się zobaczyć Andy z jakimś dzieciakiem na rękach. Bałem się tego, o czym możemy rozmawiać. Bałem się w ogóle postawić nogę w jej domu. To było tak cholernie głupie, że aż nie będę tego dłużej komentować. W końcu przełamałem się i kulturalnie zadzwoniłem dzwonkiem. Chwilę później otworzył mi jej uśmiech.
- Izzy. – wypowiedziała moje zajebiste imię i przytuliła. Odwzajemniłem gest, czując się jak za starych, dobrych czasów. Wszedłem do środka i rozejrzałem się trochę niepewnie. Mieszkanie było skromne, małe, ale przytulne. – Herbaty, kawy?
- Piwa…? – odpowiedział mi jej śmiech. Taki którego dawno już nie słyszałem. To było to. Już po chwili siedzieliśmy na kanapie w salonie, popijając schłodzone piwo i rozmawiając o czym tylko się dało. I wtedy zjawił się on. Zamarłem z butelką w połowie drogi do ust. Ten dzieciak  nie miał dwóch lat. Miał, kurwa, z pięć. To kiedy ona musiała wpaść? Jeszcze w szkole…?! Przez chwilę poczułem taki kurewski ucisk w gardle. A jak ten bachor jest Axla…?!
- Kenneth… To jest Izzy. Mój przyjaciel. – młody patrzył na mnie chwile spode łba i wyciągnął w moją stronę rączkę, którą uścisnąłem. Był całkiem wysoki jak na takiego gówniarza. Miał dłuższe, upięte w kucyk, ciemne włosy i brązowe oczy.
- Cześć, mały. – wysiliłem się na uśmiech.
- Sam jestes mały. – mruknął niezbyt zachęcającym tonem i posyłając mi mordercze spojrzenie, zniknął w pokoju. Wyglądałem co najmniej jakbym zobaczył ducha.
- Wybacz… - Andy zaśmiała się trochę nerwowo i odgarnęła sobie włosy z zajebistej twarzyczki.
- Nie ma sprawy. Ma charakterek… poradzi sobie w LA. – zaśmiałem się tylko cicho i dokończyłem piwo. Chciałem zapytać, kto jest ojcem. Młody cholernie mi kogoś przypominał, nie mogłem jednak przypomnieć sobie kogo. Myślałem nad tym, co gdyby faktycznie był dzieciakiem Axla. Nie mam bladego pojęcia co bym wtedy zrobił. Chyba kurwa, rzucił się z pierdolonego mostu. W każdym razie nie miałem odwagi żeby ją o to zapytać.
- Słuchaj… masz możliwość zostawienia go z kimś na noc i… dasz zaprosić się do baru? – warto próbować.
- Właściwie… Mogę zadzwonić po przyjaciółkę… Nie wiem… - unikała mojego wzroku i zaczęła bawić się włosami, co robiła zawsze kiedy coś jej się nie podobało i się nad tym zastanawiała.
- Daj spokój… co ci szkodzi… - nie poddawałem się, zachęcając ją do wyjścia. W końcu uległa mojemu urokowi.

Spotkaliśmy się przed Roxy, piliśmy, miło spędziliśmy wieczór… Dobra, kurwa, nie tak miło jak oczekiwałem i jak bym chciał, bo grała wielce niedostępną, a ja nie chciałem popsuć naszych, dopiero co odbudowanych, kontaktów. Starałem się powstrzymywać więc moje męskie instynkty i po pierwszej grzecznie odprowadziłem ją do domu.
- Dzięki za wieczór. – uśmiechnęła się promiennie, a ja automatycznie zaraz po niej.
- Nie ma sprawy. Mam nadzieję że będzie takich więcej. – bezwiednie położyłem dłonie na jej talii. Nie wiem, samo się tak jakoś zrobiło. Ale nie protestowała, tylko przytuliła się do mnie niby na pożegnanie. Objąłem ją, nie mając ochoty wypuszczać. I też tego nie uczyniłem. Zaśmiała się cicho, ale nie próbowała się wyrwać.
- Tęskniłam za tobą… - wyrzuciła z siebie po chwili. Czułem, że chciała dodać coś jeszcze, ale nie zrobiła tego. Mimo to… i tak zrobiło mi się tak jakoś… ciepło na sercu.
- Ja za tobą też. – Właściwie… nie skłamałem. Może i często o niej nie myślałem, ale podświadomie czułem w sobie jakąś taką jebaną pustkę… nie znam kurwa mniej poetyckiego wyrażenia więc zostanie to. – Mogę u ciebie zostać…? Proooooosze…. Nie puszczę cie. – nie wiem czemu z tym wypaliłem. Tak, chciałem ją przelecieć, ale wiedziałem, że nie ma co liczyć na to,  że stanie się to jakoś teraz. Odsunęła się i spojrzała na mnie jak na skończonego idiotę. Właśnie tego się spodziewałem.
- Izzy… - westchnęła. – W sumie… niech stracę. – wzruszyła ramionami i otwarła nam drzwi. Tego się akurat  nie spodziewałem. Lekko zaskoczony wszedłem do środka i obserwowałem jak schyla się, żeby zdjąć buty, jednocześnie zapewniając mi zajebisty widok na jej tyłek.
- Nie mam dla ciebie żadnych ciuchów…
- Mogę nago. – wzruszyłem ramionami. Spojrzała na mnie wymownie, co uświadomiło mi że był to zły pomysł.
- Poczekaj chwilę. – poszła do pokoju i po chwili wróciła  stamtąd z ręcznikiem i bokserkami.
- Spie w nich czasem, powinny się nadać. – dała mi rzeczy i pokazała łazienkę. Tam też się skierowałem. Umyłem się, założyłem te bokserki, które w gruncie rzeczy byłyby całkiem okay, gdyby nie fakt, że były w różowe jednorożce. Kto, do chuja, produkuje męskie bokserki w jednorożce?! Wyszedłem z łazienki, świecąc zajebistością mojej klaty i rozejrzałem się za Andy. Byłem na tyle inteligentny, że sam wpadłem na to, żeby nie krzyczeć, bo obudzę młodego. Wtem Andy zaciągnęła mnie do sypialni (brzmi dwuznacznie, wiem) i kurwa wyszła, więc nie, nie było dzikiego seksu. Przynajmniej na razie. Usłyszałem jak rozmawia z jakąś dziewczyną, dziękuje jej, a tamta wychodzi.
- Musiałam pożegnać się Tatianą. – wróciła do mnie z wyjaśnieniami.
- Czemu mnie przed nią ukrywasz? – zapytałem łagodnie i usiadłem na łóżku, wpatrując się w nią. Wzruszyła ramionami, wyraźnie lekko zmieszana.
- Nie ukrywam… Poczekaj tutaj, pójdę się umyć i zaraz wrócę.
No  i grzecznie czekałem. Po paru minutach weszła do pokoju, ubrana w obcisłe, dość krótkie spodenki od piżamy i białą koszulkę na ramiączkach, która miała całkiem interesujący dekolt. Położyła się obok mnie i zakryła swoje zajebiste ciało kołdrą, co nakazało mi powstrzymać jęk zawodu. Położyłem się na boku i oparłem na łokciu, obserwując ją.
- Czemu tak na mnie patrzysz…? – uśmiechnęła się lekko.
- A czemu nie…? Po prostu zastanawiam się jak możesz być jeszcze piękniejsza niż wtedy… - od tej romantycznej strony mnie jeszcze nie znaliście, co? Przyznam, że ja siebie też. Nie wiem dlaczego rzuciłem takim tandetnym tekstem.
- Izzy… proszę cię. – uśmiech zszedł jej z twarzy i odwróciła się do mnie plecami. Wpatrywałem się w nią chwilę, zbity z tropu.
- Ale… co?
- Przestań. Nie dam ci dupy po paru komplementach, wybacz jeśli się zawiodłeś…
Zawiodłem się. Nie powiem, że nie. Ugryzłem się też w język, chcąc jej powiedzieć, że ostatnim razem obyło się nawet bez  komplementów.
- Mogę się chociaż przytulić…?

Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi. Przygarnąłem więc ja do siebie i musnąłem ustami jej szyję. Wtuliłem twarz w jej włosy i tak właśnie zasnęliśmy. Było… o wiele lepiej niż z dziwkami. Cholernie przyjemne było też uczucie posiadanie blisko kogoś, na kim ci zależy. 

21 czerwca 2013

Episode Five

We wrześniu, albo w październiku Axl opuścił Rapidfire i w trójkę zaczęliśmy w końcu poważną współpracę. Oczywiście należałoby dodać że parę miesięcy wcześniej zostaliśmy wyjebani z mieszkania Axla dziewczyny. Mieszkaliśmy teraz na ulicy, jak prawdziwe żule. Czasem spaliśmy u jakichś lasek, z którymi się tej nocy pieprzyliśmy, czasem spędzaliśmy noc u Chrisa, czasem u jakichś znajomych, a innym razem po prostu pod mostem. Jednak graliśmy dalej, pisaliśmy piosenki, nie poddawaliśmy się. Codziennie walczyliśmy o przetrwanie. Czasem kradliśmy jedzenie, innym razem żebraliśmy… Na początku 83’ wyjebali mnie z roboty, wiec zainteresowałem się czymś, o co było łatwo, na co był popyt i co było w modzie, czyli przynosiło zyski. Narkotyki. Kumpel pomógł mi się w to wdrążyć i zacząłem handlować. Na początku nie szło mi zbyt dobrze. Byłem początkujący, sam też ćpałem, a nowicjuszom nigdy nie dawali tyle działek do rozprowadzania co normalnym dilerom. Na sześć woreczków które dostałem, udało mi się sprzedać może cztery, a pozostałe przejebać na własne korzyści. Narobiłem sobie wtedy od chuja długów. Pamiętam, że Axl mi wtedy pomógł. On nie ćpał, nigdy nawet nie chciał próbować heroiny. Zawsze powtarzał, że jest ponad to, że prędzej zostanie pedałem niż będzie dawał sobie w żyłę i temu podobne bajki. Jemu lepiej szło handlowanie, podczas kiedy ja pogrążałem się stopniowo w nałogu. Z czasem zacząłem sobie też z tym radzić. Potrafiłem sprzedać te jebane dziesieć gram jakie dostałem, a potem z pieniędzy jakie mi się należały kupić zapasy dla siebie. Wciągnąłem się w ten biznes i później jeszcze długo w tym siedziałem. Wszystko ma jednak swoje dobre strony. Zarabiałem, więc mieliśmy przynajmniej za co żyć. Co prawda nadal były to jeszcze marne pieniądze, jak na dilerkę, ale zawsze było to coś. Po półtora miesiąca mieszkania na ulicy Chris stwierdził w końcu wspaniałomyślnie, że możemy zostać u niego na stałe. Znowu mieliśmy dach nad głową i próby na miejscu. To było zajebiste. Nagrywaliśmy się na magnetofonie Webbera, pisaliśmy razem piosenki, będąc tak zajebani, że nie odróżnialiśmy długopisu od kartki. Czasem nawet udało nam się dać koncert w jakimś podrzędnym klubie. Mijały kolejne miesiące, wszystko niby szło do przodu, ale jednak ciągle stało w miejscu.
- Potrzebujemy jakiegoś demo. I pełnego zespołu. W ten sposób to nie ma sensu. Odpierdalamy jakieś gówno tylko żeby się zabawić. W ten sposób nigdy nie utrzymamy się z muzyki.
Stwierdziłem inteligentnie w dzień świąt bożego narodzenia, leżąc naćpany na podłodze w sypialni którą dzieliłem z Rosem, w domu Chrisa.  I moja uwaga, którą można tu potraktować jako życzenie ogarnięcia się w końcu, spełniło się. W styczniu nowego roku, dzięki tacie Chrisa nagrywaliśmy już nasze pierwsze pięć piosenek razem ze znalezionym przez ogłoszenie perkusistą. Nazwaliśmy się Hollywood Rose.
Potem wszystko działo się dość szybko. Graliśmy koncerty, jeżdżąc po całym Hollywood i starając się rozsławić. Cały czas mieszkaliśmy z Axlem u Chrisa. Ten pierwszy, pewnego dnia, kiedy już dawno nic się nie zjebało, doszedł do wniosku, że tak przecież być nie może i nagle stwierdził, że coś mu się nie podoba i odchodzi z zespołu. Nieźle się wtedy wszyscy wystraszyliśmy. Kurwa. Wszystko było już zaplanowane, byliśmy w połowie naszej amatorskiej trasy, a jemu nagle coś odwala. Wrócił jednak do nas jeszcze tego samego dnia. Zmieniliśmy wtedy nazwę na Rose, żeby dopieścić pierdolone ego rudej znajdy. Ojciec Chrisa porobił nam zdjęcia, pomógł też stworzyć ulotki. Naprawdę ruszyło do przodu. Graliśmy już w takich klubach jak The Troubadour czy Roxy. Czuliśmy, że to jest naprawdę to. Z dnia na dzień było coraz lepiej.
Potem nagle wszystko ustało. Przestaliśmy tak często się spotykać, szczególnie z Jasonem, perkusistą który mieszkał spory kawałek od nas, a Chris… Chris coraz bardziej zrzędził, starając się pozbyć nas z domu. Potrzebowałem forsy. Wtedy też jak z nieba spadła mi jebana pozycja rytmicznego w całkiem znanym już na Hollywood zespole London. Nie odpowiadał mi za bardzo ich styl, ale liczyło się teraz to, że oni grają płatne koncerty. Axl wskoczył wtedy do L.A Guns. Tracii w końcu dopiął swego. Nie chcieliśmy się jednak z Axlem separować, nadal staraliśmy się ze sobą współpracować, grać.


Przez kolejne lata nadal graliśmy osobno w jakichś zespołach, mieliśmy też wspólny, gdzie skład zmieniał się częściej niż miejsca pracy Axla. W końcu gdzieś na początku 85’ , albo w połowie  , Axl skończył współpracę z Tracii’m, a ja zrezygnowałem z London. Akurat w tym czasie mieszkałem z Axlem i Jackiem w jakimś gównianym mieszkaniu przy Sunset, które wynajmowaliśmy. Nie było tam zbyt ciekawie, ale mieliśmy gdzie się podziać. Tej nocy wyjąłem z szafy swój ulubiony płaszcz w panterkę, który przyciągał laski jak magnes i wyszedłem na ulicę, z zamiarem dotarcia do Rainbow i napierdolenia się w samotności. Tak też uczyniłem. Nigdy bym nie pomyślał, że ta noc tyle wniesie do mojego dotychczasowego żywota.
Siedziałem przy barze, sącząc najtańsze wino, kiedy usłyszałem zza baru kobiecy głos.
- Jeff…? – skrzywiłem się lekko słysząc to i zacząłem szukać wzrokiem osoby której mam obić ryj za niewłaściwe nazwanie mnie. Moje spojrzenie zatrzymało się na dekolcie barmanki, potem powędrowało wyżej, na usta. Znowu na dekolt, a potem wróciło do góry, na oczy. Duże, jasno błękitne oczy, które wpatrywały się we mnie z niemałym zdziwieniem. Przez chwilę ciężko było mi skojarzyć fakty. Wpatrywałem się dobrych parę minut w moją dawną miłość.
- Andy. – tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić.
- Minęło sporo czasu… Mam nadzieję że udało ci się spełnić marzenia. – uśmiechnęła się, jednak nie był to normalny uśmiech. Pamiętam jak się uśmiechała, pamiętam doskonale. Kiedy to robiła, nie można było samemu przez parę sekund nie poczuć radości. Teraz, gdy zobaczyłem TEN uśmiech, szczerze mówiąc miałem ochotę wypić kolejny kieliszek, żeby nie poryczeć się jak małe dziecko. Patrzyła na mnie ze smutkiem i żalem. I miała do tego kurwa pełne prawo. Skrzywdziłem ją. Teraz, jak sobie to wszystko przypomnę, to jednak żałuję że w ten sposób to rozegrałem. Byłem tylko głupim gówniarzem, który myślał, że może wszystko i zbyt często unosił się honorem. Nie wiem, jak mogłem zrobić jej coś takiego.
Więcej nie zamieniliśmy słowa. Przez najbliższe godziny przynajmniej. Ona  podawała alkohol, a ja siedziałem przy barze z pustą szklanką, wpatrując się w nią. Byłem w szoku i dalej nie dowierzałem w to, że właśnie ją spotkałem. Jakoś do mnie to wszystko nie docierało. Przed trzecią zamykali. Na to czekałem. Wyszedłem z klubu, poszedłem na tyły i czekałem aż ją zobaczę. I w końcu wyszła. Zmieniła się przez ten czas. Stała się kobietą, cholernie seksowną kobietą, którą szczerze mówiąc miałem ochotę tu i teraz przelecieć. Powstrzymałem jednak instynkty i uśmiechnąłem się tylko lekko.
- Pomyślałem, że może… cię odprowadzę. – zaproponowałem z niewinnym uśmiechem. A przynajmniej starałem się żeby wyglądał niewinnie.
- Skoro chcesz. – i znowu uśmiechnęła się w ten sposób jak przy barze.
- Co tu w ogóle robisz…? Kiedy przyjechałaś?
- Wyprowadziłam się. Jakieś… dwa lata temu. – patrzyła w ziemię.
- Czemu…? I dlaczego cię nie widziałem…? – zasypywałem ją pytaniami, a miałem ich teraz w głowie miliony.
- Pracę w Rainbow dostałam dopiero jakiś tydzień temu. A wyprowadziłam się, bo… - urwała na chwilę i zmieszała się. – Skończyłam dwadzieścia jeden, ojciec delikatnie dał mi do zrozumienia, że nie ma zamiaru dłużej mnie utrzymywać.
- Ale… - myślałem przez dłuższą chwilę, starając się przetrawić to co usłyszałem. – Ale… dwadzieścia jeden skończyłaś jakiś rok temu, a mówiłaś że wyprowadziłaś się dwa…
- Przesłyszałeś się. – przerwała mi dość ostrym tonem. – Dobra, tutaj mieszkam.
Zaczęła otwierać drzwi, a ja stałem za nią, święcie przekonany że zaprosi mnie do środka i zaraz będę ją rozbierał. Tak się jednak nie stało.
- To cześć. – uśmiechnęła się i weszła do środka, ale ja stałem dalej.
- To… tyle…? – spojrzałem na nią zaskoczony. Spojrzała w głąb mieszkania, a potem na mnie.
- Nie zaproszę cię. Wybacz, ale jestem już zmęczona. I… nie chcę żeby Kenneth się obudził.
- Kenneth…? – mój głos zabrzmiał tak, jakby został właśnie pozbawiony wszelkiego wyrazu. – Twój facet…? – zmieszała się lekko. Patrzyłem na nią, jakby chcąc spojrzeniem wywiercić w niej dziurę. Czekałem. Czekałem na pierdolony cios, który nawet nie wiem czemu wydawał mi się ciosem. Przecież nic do niej  nie czułem. Nie chciałem niczego więcej niż seksu. Ma faceta? Trudno, przelecę inną. Mimo to… czułem dziwne napięciem, kiedy tak czekałem na odpowiedź. Odpowiedź, która miała pierdolnąć mnie jeszcze bardziej niż ta o facecie.
- Nie… mój syn.



Do zobaczenia. „Do zobaczenia”. Z tymi słowami, zostawiła mnie wrytego w ziemię, stojącego przed drzwiami do jej mieszkania. Syn?! Od kiedy ona ma syna? Ile może mieć lat? Rok, dwa lata…? Zastanawiałem się z kim wpadła. Z kim się puściła, skoro nie ma faceta, a ma dziecko. Znowu poczułem jak wzbiera we mnie złość na jej osobę.
- Dziwka. – mruknąłem do siebie i nacisnąłem na klamkę, żeby po chwili znaleźć się w prawie własnym mieszkaniu. Jack spał zajebany pod stołem, a po Axlu nie było nigdzie śladu. Pewnie jest u jakiejś panienki. Byłem tak nabuzowany, że nie wiedziałem co z sobą zrobić. Poszedłem więc do sypialni i zacząłem szykować sobie działkę, która później pomogła mi ukoić nerwy i zasnąć.

Przed południem obudziły mnie standardowo odgłosy rzygania i przekleństwa. Pewnie Jack się obudził. Zwlokłem się leniwie z łóżka i powędrowałem do kuchni, żeby wypić śniadanie. Usiadłem na kanapie, w miejscu gdzie wydawało mi się że rzygi jeszcze jej nie dosięgły, otworzyłem piwo i włączyłem telewizor. Tak… Szkoda, że zapomniałem o tym, że telewizor ten stał się ofiarą jednego z licznych napadów Axla i trochę przestał działać. Popijałem więc piwo w spokoju i ciszy, mieszanej z dźwiękami wydawanymi przez Jacka w kiblu. Rutynę tego poranka przerwał mój najlepszy przyjaciel, którego nienawidzę tak mocno, że aż darzę platoniczną miłością.  Już chciał usiąść obok mnie, ale byłem tak łaskaw, że udzieliłem mu ostrzeżenia.
- Rzygi.
Axl wydał z siebie coś co przypominało dźwięk wydawany przez płeć żeńską kiedy zobaczą na przykład rozjechanego kota. Usiadł na fotelu obok.
- Zgadnij gdzie wczoraj byłem.
- Pieprzyłeś jakaś cycatą blondynkę.
- No… ale wcześniej.
- Nie mam jebanego pojęcia. – westchnąłem cicho i dopiłem piwo, odkładając butelkę na stół, posklejany taśmą. Ważne, że stał.
- U Chrisa. Jego dziadek pierdolnął w kalendarz, a młody dostał chatę. Pierdolony szczęściarz. – położył nogi na stół i w tym samym momencie dał się słyszeć głośny huk, oznajmiający koniec żywota drewnianego mebla. Stwierdziłem, że pozostawię to bez komentarza.
- Świetnie. I co w związku z tym?
- No więc, stwierdziliśmy z młodym, że czemu by nie zacząć od nowa. Tylko nasza czwórka. Wskrzesimy Rose.
- O kurwa… Nie graliśmy razem od w chuj dawna. Co z Jasonem…? On w ogóle jeszcze żyje?
- No chyba. Przedzwonię do niego później, ugadamy się. A wiesz co jest najlepsze? – wyszczerzył się jak mały, rozentuzjazmowany bachorek. – Mam namiary na dobrą menagerkę. Swoją drogą podobno niezła z niej laska. Pójdziemy do niej dzisiaj, zaniesiemy jakieś dema, stary, mówię ci. To będzie to. W końcu coś poważnego.
Przez chwilę milczałem, przetrawiając to co usłyszałem od Axla. Nie zastanawiałem się ani chwili czy pomysł jest dobry czy też nie, czy warto zaczekać z decyzją… Kurwa, w końcu coś się rusza, w dodatku jest szansa że w końcu uda nam się stworzyć NASZ zespół.
- Axl, mówię to z ogromnym bólem serca, ale jesteś zajebisty.
- Stary, twoje serce jest już tak przećpane, że raczej nic nie czuje. – po tej jakże trafnej uwadze zjawił się nasz ukochany współlokator, Jack.
- Kuurwa… Mówię wam, ja pierdole… więcej nie pije.
Po tych słowach zabrał piwo z lodówki i zniknął w pokoju.

#

- Co jest? Jakiś bez humoru dzisiaj jesteś. – usłyszałem od Axla kiedy szliśmy do niejakiej Vicky, która miała pomóc nam w organizacji koncertów.
- Zdaje ci się… - wzruszyłem tylko ramionami i odpaliłem sobie papierosa.
- Widzę, kurwa. Mnie nie oszukasz. Jestem niczym modliszka.
- Co ma modliszka do… Whatever. – westchnąłem cicho stwierdzając że lepiej nie zagłębiać tajników logiki Axla, tym bardziej, że gapił się na mnie jakby był gejem,. – Widziałem wczoraj Andree.
- Jaką Andree? – spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tą z Lafayette, idioto.
- Aaa, tą co dała mi dupy na ognichu? Kurwa, a gdzie? Mieszka tu? W sumie przeleciałbym ją jeszcze raz, była całkiem, całkiem. Może się wyrobiła po takim… - przerwał, otrzymując cios w potylicę. - Kurwa!
- Wybacz. Odruch. – nie mogłem się oprzeć i nie pierdolnąć go w ten pojebany, pozbawiony taktu łeb. Opowiedziałem mu jeszcze o tym o czym z nią rozmawiałem i o tym, że ma dziecko. Jakoś specjalnie się tym nie przejął, a już na pewno nie tak jak ja.

Vicky okazała się całkiem spoko babką. Na początku była dość sceptycznie nastawiona, ale dar perswazji Axla szybko ją ośmielił i jestem pewien, że nas pokochała. Zgodziła się na współpracę z nami i byliśmy w siódmym niebie. Jeszcze tego dnia, a raczej wieczoru poszliśmy to oblać. Nie widziałem Andy za barem, ani nigdzie indziej. Szczerze mówiąc to później dość długi czas jej nie widziałem. Życie toczyło się dalej, nasza kariera nabierała rozmiarów,  ale potem oczywiście coś musiało się spierdolić. Chris nagle dostał objawienia, stwierdził, że marnuje się z nami, że jak tak dalej pójdzie to skończy zaćpany w kiblu i takie tam, no i zostawił nas. Jakiś miesiąc przed zaplanowanym w sylwestra koncercie. Pamiętam, że to miało być coś wielkiego, poza nami grały jeszcze trzy zespoły, ludzi miała być masa. To mogła być nasza szansa na kontrakt. Axl nieźle się wtedy wkurwił. Rozjebał całe mieszkanie, dzięki czemu znowu skończyliśmy na ulicy i to w jebany, deszczowy listopad. Jasonowi udało się jednak przekonać go żeby zagrał z nami ostatni raz, bo nie dało rady nikogo znaleźć. Potem jednak znowu się u nas zadomowił. Z tym, że było już za późno, bo zrobił sobie z Axla-Największego-Hipokryty-Na-Skalę-Światową wroga, tym nagłym opuszczeniem zespołu. Za moimi plecami oczywiście Rose wyjebał młodego z zespołu i pewnego dnia, kiedy spokojnie pojawiłem się na próbie z papierosem w ustach, moim oczom ukazał się człowiek bez twarzy. Widziałem go już wcześniej parę razy. Mijaliśmy się na Strip, często bywał na parkingu przy Rainbow, pracował jakiś czas w Tower Records. W dodatku parę miesięcy po poznaniu Chrisa przesłuchiwaliśmy go. Nie powiem że nie, chłopak grał zajebiście, jakby był jakimś pieprzonym profesjonalistą. Rudemu jednak niezbyt odpowiadał jego styl bycia, dlatego stwierdził, że zostaniemy przy Webberze. No i Webber miał ojca z kasą. Tak czy inaczej wkurwiłem się na Axla, że postawił mnie przed faktem dokonanym. Nawet nie przywitałem się z nowym gitarzystą, odwaliłem tylko swoje i  udałem się do jakiegoś klubu. Przez jakiś czas szukałem mieszkania. Graliśmy już za forsę, z dilerki miałem coraz większe dochody, więc stwierdziłem, że warto byłoby rozejrzeć się za jakimiś czterema ścianami. Był to idealny czas żeby nająć coś małego, między innymi z tego powodu, że Axl zadomowił się u kudłatego przyjaciela i nowe lokum nie zostałoby rozpierdolone na wejściu.
No i mijały kolejne miesiące nowego roku.  Slash nie wyrabiał. Nie potrafił się przystosować, nie potrafił współpracować z Axlem. Niby nigdy nie urządzał awantur, ale wkurwiało go olewanie przez Rose’a prób, spóźnianie się na nie, po prostu jego popierdolony stosunek do wszystkiego. Nie ukrywam, że i mnie to irytowało, ale znałem go już taki szmat czasu, że wiedziałem, że mimo wszystko jest kompetentny i na swój sposób… odpowiedzialny. Ta, domyślam się, że brzmi to irracjonalnie, ale serio. Axl nie jest taki zły…  No i nie owijając w bawełnę, straciliśmy gitarzystę. Kiedy tylko dowiedział się o tym Tracii, znowu zaproponował nam współpracę. Chciał wcisnąć się na miejsce Hudsona, żeby z nami grać. Powitaliśmy go nawet z niejakim entuzjazmem, bo grał przecież nie najgorzej.  Na perkusji w dalszym ciągu grał Jason, a na bas zgarnęliśmy niejakiego Matta. W ten oto sposób, udało nam się stworzyć pięcioosobowy skład, zawierający nie najgorszych muzyków. Po długich rozmyślaniach stwierdziliśmy że zamiast wymyślać niestworzone nazwy, skrzyżujemy po prostu L.A Guns z Hollywood Rose. I tak jakoś wyszło Guns N’ Roses.

Graliśmy tak jakiś czas, ale mieliśmy z Axlem wrażenie, że nikt prócz nas nie traktuje tego poważnie. Nie czuje tego, tak jak my. Tracii nadal działał w swoim zespole, Jason… Jason nie ogarniał jak zwykle, często zresztą nie zjawiał się na próbach, bo miał do nas spory kawałek drogi, a Matt kompletnie nas olał. Zaczęliśmy więc szukać nowego basisty, i wtedy jak z nieba spadł, a raczej wpadł na mnie dwumetrowy punk. Wychodziłem właśnie z domu, kiedy zderzyłem się z tym osobnikiem. Jakąś jedną czwartą ode mnie wyższy (choć nie wiem, może jedną trzecią? W sumie za dobry z matmy nie jestem) , z rozpierdolonymi, kolorowymi włosami i w czarno czerwonym płaszczu którym się wszyscy jarali. I tak uważam, że moja panterka jest seksowniejsza. W każdym razie po wiązance przekleństw zaczęliśmy rozmawiać, poszliśmy na piwo, potem okazało się, że Duff, bo tak kazał na siebie mówić, zmierzał właśnie do mnie z ogłoszeniem z gazety w sprawie basisty. Stwierdziłem, że jest to znak z góry i czym prędzej zabrałem go do Axla, Tracii’ego i Jasona. Zagraliśmy, stwierdziliśmy, że to jest to i wyjebaliśmy Matta na zbity pysk. Pamiętam, że tamten dzień był jednym z przyjemniejszych. Duff wiele wniósł do naszego zespołu. Spędzaliśmy razem dużo czasu we dwóch, pisząc piosenki i komponując. Mieszkaliśmy blisko siebie, co tylko sprzyjało naszym częstym spotkaniom. Zżyliśmy się ze sobą, tak, że w pewnym momencie był mi już niemal tak bliski jak Axl. Z tym, że nie mam cholernego pojęcia dlaczego, ale w towarzystwie Duffa jakoś nie czułem tak mocnej, wewnętrznej potrzeby poniżania go i docinania, tak jak zawsze robiłem to rudemu. To pewnie za sprawą ich aury zewnętrznej, wewnętrznej… Whatever, chyba najwyższa pora ograniczyć oglądanie wróżbitów po nocach. Graliśmy ze sobą już dobre parę miesięcy, wszystko nawet się układało. Nie zanosiło się na nagły rozpad zespołu, ale również na  nagły skok w naszej karierze. Duffa powoli zaczęło to irytować. Pamiętam, że skurwiel nie raz nawijał mi o tym, że jeszcze jedna próba na której nie będzie pełnego składu, albo że jeśli nie zagramy chodź jednego koncertu w przeciągu kolejnego tygodnia, odejdzie. Nigdy się to jednak nie wydarzyło, zawsze dawał nam kolejną szansę z powodów tylko jemu znanych. Pewnej ciepłej, czerwcowej nocy poszliśmy razem do Rainbow. Od pamiętnego spotkania z Andy, jeśli już chodziłem się nachlać, to w pierwszej kolejności właśnie tam. Nie zobaczyłem jej tam jednak ani razu. Sprzyjało to obniżeniu mojego nastroju, a co za tym szło większą ilością spożywanego przeze mnie alkoholu. W następstwach Duffowi często zdarzało się holować mnie do domu, lub jeśli akurat piłem z Axlem albo sam, budziłem się o  świcie na jakiejś ławce. Tak. Dobroduszność Rose’a nie znała granic, zawsze spierdalał gdzieś z jakąś laską.
Tej nocy też nigdzie nie było widać Andy. Pierwsze co zrobiłem to zamówiłem coś najtańszego i najmocniejszego, wychlałem i poszedłem się naćpać. Wróciłem w całkiem niezłym humorze. Nie miałem bladego pojęcia czy Duff wie, po chuj co jakiś czas znikam w kiblu, wychodzę z prób, zamykam się w sypialni kiedy jest u mnie i coś gramy. Nie wnikałem w to, dopóki sam nie zdecydował się poruszyć tego tematu.
- Słuchaj, Stradlin. Znam takiego jednego gościa… facet zajebiście gra i wygląda, mówię ci. – tłumaczył mi z zapałem, już lekko wcięty. Nie trzeba mu było wiele, tylko jakieś dwa i pół litra.
- No i…? – ziewnąłem, przyglądając się osobom pracującym za barem.
- No i można by go wsadzić za Tracii’ego. Mielibyśmy lepsza gitarę, byłoby mniej kłótni…
- Stary… - przerwałem mu. – Wiem, że za chuja nie możesz zdzierżyć Tracii’ego. I on ciebie zresztą tez. – klepnąłem go w ramię. – Mimo to, nie wiem, czy to dobry pomysł. Gościu jest znany na Sunset, małolaty słyszą „Tracii Guns” i lecą z piskiem do starych po kasę na bilet, łapiesz?
- No, ale kurwa. On nie jest zespołem, sam w tym momencie potwierdzasz, że przychodzą zobaczyć jego, a nie nas. – zamyśliłem się na chwilę. Prawda w sumie…
- Ale widząc jego, widzą też nas. Łapiesz? Logika zaświatów.
- Za dużo wróżbitów po nocach, Stradlin.
- Wiedziałem, kurwa! – walnąłem pięścią w blat i westchnąłem cierpiętniczo. – Ej, ej ty! Tak, no… no ty. – zaczepiłem jakąś laskę, która czyściła właśnie szklanki za barem. – Słuchaj… kojarzysz może taką jedną… Wysoka, czarne włosy, niebieskie oczy. Andrea. Pracuje tu… - zacząłem, ale przerwał mi tylko jej śmiech. Miała wkurwiający śmiech.
- Już nie. I to od jakiegoś czasu.
Zamówiłem kolejną szklankę taniej whisky i przesunąłem dłonią po twarzy, łącząc informacje. Nic sensownego jednak nie uzyskałem.
- Kurwa. – mruknąłem tylko inteligentnie.
- Twoja laska? – zapytał mój barwny przyjaciel.
- Nie. Um… koleżanka. – przez chwilę zastanawiałem się jak w ogóle mogę ja określić. Kolejnych parę minut piliśmy w milczeniu.
- I co… ? – zaczął Duff.
- Co „co” ?
- Co ze Slashem.
- Skąd mam wiedzieć? W chuj dawno go nie widziałem… - czułem, że zgon jest blisko. McKagan spojrzał na mnie zaskoczony.
- To wy się znacie…?
- Stary, na chuj pytasz mnie co z nim, skoro myślisz, że go nie znam…? Tobie to utlenianie nie wyszło na dobre, kurwa…
- Pytałem czy będzie z nami grał! – podniósł trochę głos, poirytowany najwyraźniej moją umiejętnością całkiem szybkiego kojarzenia faktów.
- Aaa…. – zamyśliłem się chwilę. – W sumie… chuj mnie to. Ego Tracii’ego i tak zaczyna mnie powoli wkurwiać, gadaj o tym z Axlem.
Zebraliśmy się w końcu i po pierwszej postanowiliśmy wrócić do domu. Byłem tak zachlany, że prawie nie pamiętam drogi powrotnej. Jedyne co udało mi się zapisać w pamięci, to że Duff gadał o jakiejś trasie i że wpadłem na jakąś ciemnowłosą laskę, z którą później się obudziłem. Leżała obok mnie, odkryta, tak jak ją pan bóg stworzył. Nie była taka zła, co oznacza, że wcale aż tak pijany jeszcze nie byłem. Spojrzałem na jej ogromne, sztuczne cycki. Tak, definitywnie TO były pierwsze rzeczy jakie rzuciły mi się w jej wyglądzie w oczy i to one zadecydowały o tym, że się tu znalazła. Wstałem, ubrałem jakieś gacie i poszedłem do łazienki żeby wziąć prysznic. Kiedy wróciłem, dziewczę było już ubrane.

- Pójdę już… - westchnęła ziewając i zaczęła się zbierać. Nie odpowiedziałem jej, tylko poszedłem do kuchni. W lodówce miałem jeszcze kawałek kilkudniowej pizzy, która posłużyła mi za śniadanie. Po zjedzeniu jej, pierdolnąłem się na kanapę z gitarą w reku i zacząłem grać, kontemplując nad swoim marnym istnieniem. 

26 maja 2013

Episode Four

Hej :) A więc na wstępie chciałam bardzo podziękować tym paru osobom, które to czytają, komentują, zostawiają po sobie jakikolwiek ślad, naprawdę, dużo to dla mnie znaczy i jestem mile zaskoczona, bo właściwie miałam już sobie darować tego bloga, widząc, że nie ma żadnego zainteresowania, a tu taka niespodzianka. Mam nadzieję, że niedługo trochę więcej osób się odezwie, pozdrawiam i życzę miłego czytania :)

*****************************************************

Po dwóch dniach jazdy, przerywanej tylko żeby się odlać lub zatankować, moja zajebista Impala dotoczyła się do Los Angeles. Palmy przy ulicach, nakurwiające z nieba słońce, zapierdalający chodnikami ludzie, wieżowce, ogromne wille… Ja pierdole. Byłem porażony rzeczywistością tego miasta. Było tak cholernie inaczej niż na zadupiu gdzie mieszkałem.  Kierowałem się na Hollywood. Zajęło mi trochę czasu dotarcie tam z centrum LA. To miasto było kurewsko wielkie, ale w końcu zatrzymałem się pod jakimś motelem. Było około dwudziestej pierwszej, powoli zaczynało się ściemniać. Zjadłem coś, opłaciłem pokój i poszedłem się wykąpać. Jak na motel, było całkiem czysto. Wlazłem do łóżka z zamiarem odespania tych dwóch dni. Myślałem, że z nadmiaru wrażeń nie będę w stanie zmrużyć oka co najmniej pół nocy, a nawet nie wiem kiedy kurwa zasnąłem…. 
Parę dni błąkałem się po Sunset, Santa Monica. Obie te ulice przemierzyłem wzdłuż i wrzesz i znałem chyba lepiej niż ktokolwiek. Trafiłem w końcu na całkiem interesujący skrawek Sunset Strip, gdzie znajdowało się parę klubów. Wieczorem to miasto przestawało już być takie kolorowe i promienne, czy jakkolwiek inaczej mogę to kurwa nazwać. Jedynymi źródłami światła stawały się tu teraz uliczne lampy, neony klubów i zapalone papierosy dzieciaków zalewające chodniki i ulice. Największy tłok był przed klubami. Nieletni, nie mogąc wejść do środka imprezowali na zewnątrz. Trzeba było uważać żeby przechodząc tamtędy po północy nie oberwać jakąś szklaną butelką albo czymś podobnym. Policja chyba nawet tam nie zaglądała i wcale im się nie dziwię. Miałem wrażenie, że to co się tam działo było nie do ogarnięcia. Ćpuny, dziwki, punki wpychające wszystkim ulotki swoich zespołów, wszyscy pijani, przewracający się jeden przez drugiego. Czasem jakaś całująca się para oparta o ścianę jakiegoś budynku. Jedna, wielka impreza! Czułem, że w końcu znalazłem swój pierdolony raj na ziemi. Szybko poznałem nowych ludzi. Piliśmy na parkingu przed Rainbow, rozmawialiśmy. To byli Ted, Aaron i Paul. Okazało się że mieli zespół i poszukują basisty.
- Stary, umiesz grać? – zapytał Aaron, szukając zapalniczki.
- Nawet nie najgorzej. – wzruszyłem ramionami.
- I zajebiście. Jutro gramy koncert w starym magazynie…
I w ten sposób znalazłem się w swoim pierwszym, poważnym kurwa zespole w Los Angeles. Nie wiedziałem jeszcze na ile „poważnym”, bo ci goście nie powiedzieli mi nawet w jakim klimacie grają lub mają zamiar grać, nie powiedzieli jak się nazywają, nie potrzebowali mnie nawet przesłuchać. Przyjęli mnie ot tak, zadowoleni z tego, że mogę pożyczyć im bębny i że mam własny bas i wzmacniacz. Wróciłem do motelu koło pierwszej i trochę wcięty od razu zasnąłem.

Następnego dnia, na lekkim kacu załadowałem wszystko do Impali i podjechałem w umówione miejsce. Graliśmy w jakimś pieprzonym magazynie, tak jak mówili. Pod sceną było już paru ludzi. Wszedłem na podwyższenie i zacząłem podpinać wszystko i montować perkusję. Kiedy skończyłem, wstałem i odwróciłem się, i kurwa mało co nie pierdolnąłem na zawał. Czemu mój zespół wygląda jak transwestyci na tanich usługach ?! Kurwa, tapiry, lateks, szminki,  obcasy większe niż nie jedna laska nosi. Musiałem zajebiście wtedy wyglądać. Stojąc tak i gapiąc się na nich jak na kosmitów. Ci jednak nic sobie z tego nie robiąc popodpinali się do wzmacniaczy, rzucili w moją stronę nazwą coveru jaki będziemy grać i zaczęliśmy. Zagraliśmy chyba dwie piosenki, kiedy jacyś skurwysyni zaczęli buczeć. Podniosłem głowę żeby ogarnąć wzrokiem kto w ogóle jest przed „sceną”. Widziałem parę łysych głów i irokezów, a potem o mało co nie oberwałem nogą od krzesła. Kurwa, zaczęli nas obrzucać jakimś gównem!  Odwróciłem się za siebie, ale skurwiele już dawno zmyły się ze sceny. Myślałem, że chuj mnie strzeli. Odłączyłem się szybko od wzmacniacza, akurat kiedy ktoś zgasił światło. Chwyciłem wzmacniacz i bas. Perkusji kurwa nie miałem już jak zabrać. No i szlag ją, kurwa, trafił. Moja zajebista perka…  Musiałem ją tam zostawić i ratować własne, jebane życie. Tym ludziom odjebało, pierwszy raz kurwa doświadczyłem czegoś takiego. Gdybym nie spierdalał, chuj wie, co by tam ze mną zrobili. Gdyby jakaś potłuczona flaszka wbiła mi się w jebany łeb, też pewnie mieliby to w dupie. Wkurwiłem się. Byłem wtedy wkurwiony jak nigdy wcześniej. Nie dość że zespół mnie wychujał, straciłem perkusję, to jeszcze cała ta sytuacja jakoś mnie przytłoczyła. Załadowałem to, co mi zostało do samochodu i wróciłem pod motel.

Mijały kolejne miesiące. Udało mi się znaleźć robotę, wynająłem mieszkanie. Co prawda nie była to jakieś zajebiste lokum, tylko jeden duży pokój, łączony z kuchnią i łazienka. Nie miałem jakichś wygórowanych wymagań, więc w zupełności mi to wystarczało. Nie miałem nawet jeszcze osiemnastu lat, kurwa, a już się usamodzielniłem. Wyprowadziłem się i kurwa nie mieszkam pod mostem. To było dla mnie sukcesem. Tak więc grunt, że był dach na głową, ciepłe łóżko i  gdzie dupę umyć. Kuchnia , to znaczy ani lodówka, ani kuchenka nie zostały przeze mnie ani razu tknięte. Chociaż nie. W sumie w lodówce browary i wódka leżały zazwyczaj.
Za dnia rozkładałem towar w markecie, a wieczory spędzałem zazwyczaj na parkingu przy Rainbow, albo w The Troubadour, czy Roxy, kiedy był tam jakiś koncert i nie sprawdzali ile kto ma lat. W tym czasie grałem w wielu zespołach, na perkusji, na basie, raz chyba nawet próbowałem na wokalu. Najdłuższa współpraca trwała chyba dwa tygodnie, o ile się nie mylę. Może trochę ponad. Raz udało mi się zagrać na dużej scenie w Troubadour, właśnie z tym zespołem. Grałem wtedy na basie. Kurwa, to było coś. Co prawda nic nam nie płacili, ale liczyło się to że w ogóle udało nam się pokazać. Po pół roku byłem już dość rozpoznawalny. Początkujące zespoły same zahaczały mnie z pytaniem, czy nie chciałbym dołączyć. Jednak w żadnym zespole nie mogłem się jakoś zbyt dobrze odnaleźć, kurwa, bo wszyscy albo za bardzo kopiowali stare kapele, albo mieli w dupie muzykę, stawiając przede wszystkim na wizerunek, albo w ogóle jeszcze co innego. W każdym razie zawsze kończyło się tym, że prędzej czy później odchodziłem z zespołu.
Był szósty kwietnia, niedziela. I to chyba nawet wielkanocna. Obudziłem się dość wcześnie, a właściwie to obudziło mnie stukanie kropli deszczu o szybę. Kurwa, łeb bolał mnie niemiłosiernie. Wczoraj byłem z jakąś laską w klubie, przeleciałem ją, a potem się upiliśmy, albo na odwrót… Nie zbyt wiele pamiętam. Po jakimś czasie rozmasowywania sobie skroni doszedłem do wniosku, że nie zostałem obudzony przez deszcz, tylko ktoś dobija się do moich drzwi. Westchnąłem głośno i zwlokłem się z kanapy dwuosobowej, która służyła mi za łóżko. Podciągnąłem gacie i ziewając otworzyłem drzwi.
- Ja pierdole. W  końcu! – usłyszałem z ust rudego osobnika, który właśnie uściskał mnie, całego przy tym mocząc i bez pytania wszedł do środka. Patrzyłem na niego jak na jebanego ducha.
- Axl. – stwierdziłem zaiste błyskotliwie po jakichś pięciu minutach odkąd go ujrzałem.
- No brawo. Plus dziesięć do zajebistości za spostrzegawczość.  – zakpił ze mnie i wyciągnął jakieś piwo z lodówki, otwierając je i wypijając połowę na raz. Zaśmiałem się cicho.
- Stary… stęskniłem się za tą twoją krzywą mordą. Jak ty żeś się tu znalazł?
- Kurwa, szukałem cię ponad miesiąc, chuju! – zaśmiał się.
- Wow… - nie mogłem w to uwierzyć. Kurwa, prawie rok nie miałem z nim kontaktu. Wysłałem mu tylko jebaną, tandetną pocztówkę od razu jak się tutaj znalazłem. A teraz…? A teraz on nagle kurwa staje w moich drzwiach.
- „wow”…?  Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – uniósł brew.
- Zajebiście że jesteś. – znowu się uścisnęliśmy, a  potem wziąłem piwo również dla siebie i dłuuugo rozmawialiśmy. 

Dwa dni po jego wielkim przybyciu oblewaliśmy moją osiemnastkę, a parę dni później Axl oznajmił mi że musi wracać do Indiany. Powiedział, że przyjedzie znowu za miesiąc, ale nie było go dłuższy czas. Szczerze mówiąc, nie przejmowałem się tym specjalnie, ważne było to, że wiedział już jak mnie znaleźć, wiedziałem że da sobie radę. Ja skupiałem się na tym, żeby w końcu trafić do jakiegoś normalnego zespołu. Przez kolejne dwa lata Axl zjawiał się w LA i znowu wyjeżdżał. U mnie nic się nie zmieniło, cały czas włóczyłem się po Sunset, imprezując, obserwując zespoły z kontraktem, starając się coś zdziałać. Któregoś dnia w robocie, kiedy układałem jebane puszki na półce, nie wiem jak to zrobiłem, ale skończyło się tym, że wszystkie się na mnie zjebały. Po wiązance przekleństw z mojej strony usłyszałem cichy śmiech jakiejś dziewczyny i ofertę pomocy. Spojrzałem wtedy w jej stronę i kiedy moje spojrzenie spoczęło na jej dekolcie, uznałem, że grzechem byłoby nie skorzystać. Z jej propozycji pomocy, oczywiście, nie myślcie sobie. Miała na imię Norah, była mulatką, miała zajebistą figurę i była śliczna. I łatwa. Tego samego dnia ją przeleciałem, ale stwierdziliśmy też,  że fajnie byłoby spróbować, bla bla bla, no i miałem dziewczynę. Nie czułem jednak jakiejś wyjątkowej potrzeby… bycia wiernym. To znaczy, kiedy tylko nie było jej przy mnie, podrywałem inne laski, czasem tylko niewinnie się zabawialiśmy, czasem pieprzyliśmy. Byłem z Norah jakieś trzy miesiące. Potem nagle przyszła  do mojego mieszkania zalana łzami, stwierdziła że ją zdradzam, że jej przyjaciółka widziała, coś tam coś tam i  że to koniec. Wzruszyłem wtedy tylko ramionami i spędziłem kolejny dzień jak każdy inny.

Na koniec 1982 roku Axl z jakąś laską w końcu na stałe przybył do Los Angeles, a przynajmniej tak mówił. Do Lafayette nie miał już po co wracać, no chyba że chciał trafić do więzienia. W sumie… jakby nie było, wiedziałem, że w ten sposób to się skończy. Mieszkał z tą swoją Giną, całkiem pokaźny kawałek drogi ode mnie. Jego przyjazd szczególnie dużo w mojej codziennej rutynie, o ile można to tak nazwać, nie zmienił. Tyle tylko, że zawsze było z kim pić i  czasem kiedy kłócił się ze swoją laską spędzał noc u mnie. Często jednak noce spędzałem w towarzystwie nowo poznanych kobiet, więc częściej włóczył się po ulicach czy klubach. Jasne, wychodziliśmy razem, ja piłem z kumplami, a on stał przed klubem lub na parkingu Rainbow i obserwował przechodzących lub znajdujących się tam ludzi. Nie starałem  się go na siłę wciągnąć do towarzystwa, wiedziałem, że gdyby chciał, to sam znakomicie dałby sobie radę. Często tak to wyglądało. Ja szukam przydatnych kontaktów, a on stoi gdzieś z boku, sam. Niektórzy też unikali go albo wyśmiewali to jak wygląda. Szczerze, przez to też niekoniecznie zależało mi na tym, żeby pokazywać, że go znam. Miałem już wyrobioną reputację, ludzie wiedzieli że dobrze gram, zajebiście wyglądam, że potrafiłbym zorganizować to i owo dla zespołu. Axl był nowy.
Był styczeń. Rose w końcu rozstał się ze swoją laską, która wyprowadziła się właściwie z własnego mieszkania, a ja zająłem jej miejsce. Mogliśmy się z Axlem skupić na jako takiej współpracy. Zacząłem uczyć się grać na gitarze, łatwiej nam wtedy było komponować. Chcieliśmy założyć zespół, który wstępnie miał nazywać się Rose. Tak, zgadnijcie kto był pomysłodawcą. Z tym, że mieliśmy początkującego gitarzystę i wokalistę. Brakowało jeszcze perkusji i basu, a wszyscy muzycy jakich tu znałem nie bardzo chcieli grać z Billem. Czepiali się jego stylu, nie chcieli go nawet sprawdzać. Tak więc plan legł w gruzach. Graliśmy dalej, nadal mieliśmy nadzieję, wystawialiśmy ogłoszenie. Gdzieś w lutym Axl dostał się do Rapidfire. W tym czasie też przefarbowałem włosy na zajebistą, granatową czerń. Pamiętam, że kiedy to robiłem, chyba pierwszy raz od bardzo dawna pomyślałem o Andy… Przypomniało mi się jak zawsze bawiłem się jej włosami,  podziwiając ich kolor.  A wracając do Rudego… W końcu miał szanse zabłysnąć. Podglądając mnie zaczął wyrabiać sobie normalny styl, przede wszystkim zaczął się też przystosowywać. Po jakimś czasie zagrał z zespołem pierwszy koncert. Kurwa, co to było! Wszyscy moi znajomi w jednej chwili zaczęli żałować, że jednak nie spróbowali gry z nami, z nim .  

- I jak? – usłyszałem głos Axla z kuchni, kiedy akurat wszedłem do mieszkania.
- Gadałem z Tracii’m. Nie ma szans, nie będzie z nami grał, ale podrzucił mi jakiegoś gościa. Gitarzysta.
- Gitarzysta…? Na chuj nam gitarzysta, jak jesteś ty?
- Dzieciak na pewno gra lepiej ode mnie, wiesz że dopiero wchodzę na elektryka i nie mam zajebistego talentu do skomplikowanych solówek. Mogę grać w tle, albo na basie. – Rose zamyślił się chwilę, a ja stałem z obojętnym wyrazem twarzy opierając się o szafę. Tak, nadal snuliśmy plany własnego zespołu, choć Rose w jednym już był. W niczym nam to nie przeszkadzało.
- Kiedy ma wpaść?
- Jutro.
Przez jakiś czas później jeszcze wymienialiśmy się wrażeniami z dnia, potem planowaliśmy co będziemy robić wieczorem.
- Wpadłem dziś na takiego zjeba, że sobie nie wyobrażasz. Sprawdzałem ogłoszenia w Tower Records, a on tam chyba pracuje.
- Czemu sądzisz, że to zjeb? – zapytałem rudego przyjaciela, odpalając sobie papierosa.
- Taka ciota.  Po prostu widać. Zachowywał się jakby miał w chuj za wysokie mniemanie o sobie, a jednocześnie jakby miał ochotę spierdolić za ladę, za którą ogląda pornole, kiedy na niego spojrzałem. – zaśmiałem się cicho, słuchając opisu. Przeglądałem właśnie jakieś ogłoszenie muzyczne.
- Jak wyglądał?
- Taki, kurwa… ciemny... kudłaty…


Następnego dnia spotkałem się z Chrisem, bo tak miał na imię nasz nowy gitarzysta i zaprowadziłem go do mieszkania które dzieliłem z Axlem. Chwilę gadaliśmy, potem zaczęliśmy grać. Nie było źle. Webber był pod wrażeniem wokalu Axla, który z kolei pomimo jego dobrej gry miał do niego sceptyczne nastawienie, między innymi dlatego, że był aż cztery lata od nas młodszy. Koniec końców, przekonali się do siebie, a znajomość z blondynem wyszła nam bardzo na dobre, bo miał wielką chatę, bogatą rodzinę i całkiem niezłą technologię w domu.
Gdzieś w międzyczasie nadszedł dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin. Wystroiliśmy się razem z Axlem i ruszyliśmy na podbój Strip. Kurwa, jakie to było zajebiste uczucie, nie musieć już stać przed klubem tylko legalnie wpierdolić się do środka. Niezapomniana noc.


12 maja 2013

Episode Three


Parę namiotów, ognisko, od chuja ludzi. Wszystko umiejscowione na pewnej polance przy lesie. Tutaj zawsze były najlepsze imprezy, a teraz zebrało się naprawdę sporo ludzi. Wreszcie koniec z budą, przynajmniej na dwa miesiące. Usiadłem na wielkim, przewróconym pniu i odpaliłem sobie papierosa. Nadal byłem wkurwiony, a raczej… Smutny…? Nie wiem czy można to tak nazwać… Westchnąłem cicho, a po paru sekundach usiadł obok mnie Axl.
- Pogadaj z nią dzisiaj. Przeproś, że nawrzeszczałeś. Wyjaśnij sytuację. Powiedz jej, co czujesz….
- I na chuj to, skoro ona woli ciebie?! Nie od dziś jej się podobasz, rozumiesz? – opierdoliłem go, przy okazji podniesionym głosem zwracając na siebie uwagę paru  osób.  Wstałem i poszedłem się przejść. Błąkałem się dobrych kilkanaście minut po ścieżce, a raczej łaziłem w tą i z powrotem, i po pięciu fajkach stwierdziłem, że się dzisiaj najebię. Wokół ogniska były poustawiane kołki z drewna, na których niektórzy siedzieli i piekli kiełbaski. Przechodząc obok jakiejś grupki poczułem, że palą coś więcej niż fajki. Usiadłem w końcu na kocu obok skrzynki taniego wina. Otworzyłem jedno i od razu opróżniłem połowę. I zauważyłem Andy.  Stała obok ogniska, parę metrów ode mnie. Gadała z jakąś dziewczyną, śmiały się z czegoś. Jakiś koleś przyszedł i objął blondynkę, z którą gadała. Może poczuła, jak ją obserwuję…? Odwróciła się w każdym razie w moją stronę i tym samym z twarzy zszedł jej uśmiech. Zacząłem czuć coś jakby… wyrzuty sumienia. I kurewski smutek, przygnębienie… tak, teraz byłem tego pewien. Miałem ochotę skulić się tu gdzie siedziałem i przeczekać tak resztę pieprzonego życia. Zamiast tego jednak trzymałem tylko to pieprzone wino w ręce i patrzyłem na nią, jak na  jakiś okaz w zoo. Wyraz jej twarzy nie był zbyt przyjazny, to trzeba przyznać. W końcu odwróciła się i gdzieś poszła. A ja dalej trzymałem to wino.

Parę siarczanów później, było już po pierwszej. Niektórzy się zmyli, a ci, co tu  nocowali albo zgonowali już w namiotach, albo się pieprzyli, albo pili dalej. Ja siedziałem na tym pniu co wcześniej, cały wieczór nie zaszczycając nikogo ani słowem. Najebałem się, tak jak zamierzałem. Ale wcale nie było fajnie. Miałem kurewską ochotę wrócić do domu, tylko że nigdzie nie było widać Rose’a. W końcu stwierdziłem, że pierdolę to i wstałem z zamiarem powrotu. Lawirowałem między kocami, krzesłami i namiotami.
- Może… nie… nie teraz…? Nie wiem… - usłyszałem cichy, przerywany szept gdzieś za sobą. Bardzo znajomy.
- Cii…. Zaufaj mi, kotku. Nie pożałujesz.
Axl właśnie namawia Andree, żeby wskoczyła do namiotu, gdzie ją przeleci. Kiedy mój mózg przetwarzał w kółko właśnie to jedno zdanie, usłyszałem tylko cichy chichot i dźwięk zasuwania zamku w namiocie. Było ciemno, niczego nie widziałem. Za to czułem tak kurewskie wkurwienie, że byłem gotów rozpierdolić wszystkie te namioty żeby tylko dorwać Rose’a i powyrywać mu nogi z dupy. Zajebisty kumpel. Naprawdę! Kurwa, miał mi pomóc ją zdobyć, miał jej pokazać że nie jest zainteresowany, a on wykorzystał to wszystko po to żeby ją przelecieć! Chciałem krzyczeć, ale zamiast tego pierdolnąłem tylko butelką po winie w jakieś kamienie, gdzie się rozbiła. Parę dziewczyn pisnęło ze strachu, a faceci zaczęli coś kląć, ale miałem na to serdecznie wyjebane. Poszedłem prosto do domu. Chyba nawet biegłem. Wparowałem do korytarza, nie zwracając uwagi na to że wszyscy śpią. Zataczając się jebnąłem buty gdzieś pod ścianę i zacząłem toczyć się w stronę schodów.
- Jeffrey? – usłyszałem głos matki. – Wiesz, która godzina? Gdzieś ty był?! Miałeś przyjść o północy, a jest przed trzecią! …Czy ty jesteś pijany?! – zapytała kiedy prawie zjebałem się ze schodów. – Jeffrey!
- Kurwa, parę godzin w tą czy w tamtą, kobieto, daj żyć! – podniosłem głos.
- Nie takim tonem! –  usiadłem na schodach, bo kiedy stałem tak i chybotałem się na prawo i lewo, zacząłem mieć mdłości. Spojrzałem na matkę. Właściwie… nie była zdenerwowana. Bardziej skołowana i wystraszona. Poczekałem, aż skończy swoje przemówienie przykładnej mamusi, wstałem i przytuliłem ją. Chyba była zaskoczona, bo nawet nie odwzajemniła mojego jakże wylewnego gestu. Zrobiła to dopiero po dłuższej chwili.
- Mamo. Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to najebałem się dlatego, że moje życie prywatne właśnie chuj strzelił. Nie mam już nic, kurwa, zupełnie nic i normalnie gdybym był tym kujonem, Colinsem z mojej klasy to poszedłbym teraz na strych i się powiesił. Ale spokojnie, ja nadal jestem zajebistym sobą, więc prawdopodobnie pójdę teraz na górę i przez kolejny tydzień nie wychylę się z mojego pokoju, wegetując tam, grając, pisząc, płacząc i wyklinając na ten popierdolony świat. Kocham cię, mamo, nie martw się o mnie. Naprawdę. Przepraszam za wszystko. – wszystko mówiłem takim tonem, jakbym oznajmiał jej że idę do wojska. Westchnąłem cicho na koniec, odsunąłem się, ucałowałem ją w czoło i ruszyłem na górę.  Biedna mamuśka była tak zaskoczona, że stała w bezruchu, patrząc na mnie jak na ducha i nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zamknąłem się w pokoju. I jak mówiłem , nie wychodziłem z niego przez równy tydzień.

Kiedy w końcu nadszedł dzień, w którym zaszczyciłem rodzinę swoją osobą przy śniadaniu, nikt nawet nie odważył się pisnąć słowa. Zachowywali się jakbym przybył z zaświatów. Usiadłem, zjadłem i poszedłem. I to tyle. Wielki come back. Nie powiem jednak że jakoś wielce brakowało mi oklasków i zaczepek ze strony małych gnojków. Awantury matki też były zbędne. Było dobrze tak, jak było. Po wykąpaniu się i ogólnym ogarnięciu stwierdziłem, że wypadałoby wyjść do sklepu, chociażby po fajki, bo się skończyły. Zacząłem się ubierać, kiedy usłyszałem głos matki z dołu, że Rose się tu przytoczył.
- Każ mu wypierdalać! – odkrzyknąłem. Nie byłem jeszcze psychicznie gotowy na to starcie. Byłem pewny, że to nie koniec naszej przyjaźni, ale teraz byłem gotowy rozpierdolić go na tak małe kawałki, że pierdolonemu świetlikowi mogłyby wpaść do oka. A to mogłoby uniemożliwić nasze dalsze kontakty.
Odczekałem jakieś pół godziny, od kiedy matka wyjebała rudzielca z domu i sam wyszedłem. Taak, dawno już nie oddychałem tym zanieczyszczonym powietrzem. Kupiłem w najbliższym kiosku papierosy i udałem się do parku, gdzie przysiadłem sobie kulturalnie na ławce i zacząłem rozmyślać nad tym, jak to szybko i zajebiście łatwo wszystko się zjebało. Przez cały ten tydzień, kiedy byłem offline, miałem sporo czasu na przemyślenia. Stwierdziłem między innymi, że nie pozwolę jakiejś lasce zepsuć relacje między mną i Axlem, i tym samym naszych planów dotyczących założenia zespołu. Doszedłem też do wniosku, ze Andrea jest po prostu zwyczajną, puszczalską szmatą, skoro ot tak dała się przelecieć rudemu. Tak, od paru dni perfidnie jej nie trawiłem. Wyrzuciłem peta i podniosłem tyłek z ławki, kierując się do domu. I to by było tyle jeśli chodzi o spacerek.
Tak przynajmniej myślałem. W połowie drogi usłyszałem znajomy głos.
- Izzy! – odwróciłem się i ujrzałem… Mhm, Andy.
- O… - nie pałałem entuzjazmem, przyznam. Eh, no kurwa, dobra! Po prostu dobrze ten entuzjazm ukrywałem. W sumie miałem mieszane uczucia.
- Długo… się nie widzieliśmy… - uśmiechnęła się niepewnie. Zmierzyłem ją wzrokiem i starałem się zachować między nami dystans.
- Taa… No… musieliście być z Rose’m bardzo zajęci. -  kurwa, debil. Idiota. Skończony bezmózg do chuja! Nie wiem po co to powiedziałem, chyba żeby specjalnie zaznaczyć jaki jestem zazdrosny… W każdym razie, nie zareagowała tak jak oczekiwałem. Zrobiła natomiast coś totalnie… nieoczekiwanego. Odwróciła głowę i jakby otarła łzy. Aż mnie serducho zabolało, no…
- Tak, pewnie. – zaśmiała się gorzko. – Olał mnie po ognisku… Najpierw mówił że nic nie pamięta, potem nagle, że i tak by nam nie wyszło, potem przeprasza, bo był pijany i go poniosło, każe  mi zapomnieć… w między czasie widzę go z dziesięcioma innymi laskami. Więc tak, byliśmy bardzo zajęci, wspaniale się bawiliśmy, szczególnie ja…
Czy ja wspominałem coś o bólu serducha? Jeśli tak, zapomnijcie. W tym momencie czułem tylko jebaną satysfakcję, a na mojej zajebistej twarzy pojawił się kpiący uśmiech.
- I przyszłaś do mnie, żebym poprawił ci humor? Mam powiedzieć jaki to Axl jest „be”, iść do niego i mu wjebać, czy może przelecieć cię, żebyś poczuła się lepiej? – mój ton był zaskakująco chłodny. Mówiłem to wszystko, patrząc na nią ze złością i widząc jak jej wargi drżą, a oczy się szklą. – Jesteś kurwa żałosna. Kiedy mówiłem ci, jaki on jest, zamiast posłuchać to jeszcze mi nawtykałaś, kurwa. Puściłaś się z nim i teraz przychodzisz w łaski, wielce zaskoczona że nie ma ślubu i różowego pałacu? – zaśmiałem się gorzko. – Wiesz co…? Wypierdalaj. Spierdalaj z mojego życia, bo tylko wszystko komplikujesz.
Zakończyłem swój monolog i minąłem ją, zostawiając tam z łzami płynącymi po policzkach. Kiedy odwróciłem się, nadal tam stała i drżała lekko. Musiała płakać. Po chwili spuściła głowę i  nie oglądając się zaczęła iść prawdopodobnie w stronę domu. Tak, dopiero teraz zrobiło mi się jej szkoda. Przesadziłem, i to w chuj. Nie chciałem żeby wszystko brzmiało tak ostro, nie chciałem kazać jej wypierdalać… Po prostu cały czas pamiętałem tamtą sytuację, ten moment kiedy mi kurwa mówi, że czuje coś do Billa, a potem wskakuje mu do namiotu… To , do cholery, naprawdę bolało… Więc niech suka za karę też cierpi.  Chociaż zmarnowałem prawdopodobnie właśnie jedyną szansę na to, żeby coś między nami zaczęło się dziać…
Ta, biłem się tak z myślami całą drogę do domu. Aż zaczął mnie łeb nakurwiać, i skończyło się tym, że naćpałem się tabletek i poszedłem spać.

Także przez pierwszy miesiąc wakacji z nikim się nie widziałem. Z Axlem, z tą ździrą, z innymi znajomymi, z nikim. Dopiero na początku sierpnia zdecydowałem się zapukać do drzwi rudzielca. Powyklinaliśmy na siebie, dostał ode mnie w ryj, potem się uściskaliśmy i poszliśmy na piwo. I tak wyglądało nasze pogodzenie się. Opowiadałem mu o tym co robiłem, czyli właściwie dużo nie mówiłem. Opisałem tylko moje nastawienie do Andy. Był tym dosyć zaskoczony, ale nie drążył tematu. Opowiedział mi za to, jak było w NY, gdzie pojechał stopem z Paulem i Monic, że grał w paru miejscowych zespołach, ale nie na długo. Ze ilość jego potyczek z funkcjonariuszami odzwierciedlała już całkiem pokaźna liczba, że parę razy siedział i jego starzy przewalili dość sporą ilość kasy na jego grzywnę. Ogólnie.. całkiem nieźle się bawił. Tak więc ostatni miesiąc wakacji, jak się można domyślić, spędziłem w podobny sposób jak Axl pierwszy. I… nadeszła szkoła.

- Stary, ale ty głupi jesteś. Na twoim miejscu olałbym budę, skoro nie miałeś przez to przesrane i nie wracał tam! – ja, Axl i Paul szliśmy właśnie na spotkanie pierwszego stopnia z pierwszym dniem, rozpoczynającym trzecią klasę w Jefferson High.
- Pierdolisz od rzeczy. – zgasiłem grzecznie kolegę. – Rose doznał chyba objawienia, skoro w tym jego małym i wyssanym przez tanie jabole mózgu pojawiła się myśl, że może jednak warto skończyć szkołę.
- Przypierdolę ci za te wzmianki o mózgu! – obruszył się sam zainteresowany. Poklepałem go tylko po głowie, mrucząc pod nosem „dobry Axl, nie denerwuj się” i uchyliłem się parę sekund później przed jego ciosem, śmiejąc się razem z Paulem.  – Chuje.  – skwitował nas rudzielec i sam zaczął się śmiać. Jakoś przeboleliśmy w każdym razie ten dzień…  Wszystko byłoby w całkiem poprawnym porządku, gdyby nie to, że parę razy widziałem Andy. Tak, jasne, że było to nieuniknione, ale…  kurewsko dziwnie czułem się, patrząc tak na nią, ale nie uśmiechając się. Mijając ją bez słowa… Czasami myślałem nad tym czy by z nią nie pogadać, przeprosić i wyjaśnić sobie niektóre sprawy… Brakowało mi jej, to jasne. Naszych wypadów, tylko ja, Axl i Andrea. Głupich pomysłów, łamania przepisów… Ale były dni kiedy nawet przez sekundę o niej nie myślałem. Było ciężko, ale nie aż tak, żebym popadał w jakąś depresję. Z drugiej strony ciekawe jak ona sobie radziła…? Oczywiście, że Axla nie mogłem zapytać, toż gówno wiedział. Nikogo w sumie, bo Andy nie zadawała się z żadną osobą z jaką ja teraz. Znaczy, znajomych mieliśmy tych samych, ale nie przyjaciół. Właśnie szedłem naszym szkolnym korytarzem, by zwlec się spóźniony na matmę, kiedy… Bum. I książki się posypały.
- Cholera, wybacz… zagapiłam się…
- Nie pierdol, tylko patrz kurwa jak…. – podniosłem wzrok i zobaczyłem… kogo? No zgadnijcie. Na mojej twarzy od razu pojawiło się coś na kształt obrzydzenia. – Oo… - wydałem z siebie odgłos jakby mi ktoś podsunął zdechłego kota pod nos. Klęczała, zbierając książki. Spojrzała na mnie ze smutkiem i żalem. I może jakby… tęsknotą? Z moich oczu za to pogarda ciekła strumieniami. Stałem tak tam i patrzyłem jak zbiera książki. Milcząc i patrząc na nią jak na ostatnie ścierwo. Podniosła się i spuściła na chwilę wzrok, otwierając buzię, ale zaraz ją zamknęła. Kiedy znowu podniosła głowę po jej policzkach spływało akurat parę łez. Od razu złagodniałem, jednocześnie czując to cholerne ukłucie w sercu. Znowu doprowadziłem ją do płaczu. Robiłem to kurwa świadomie, z jakąś pierdoloną satysfakcją, ale… nie wiem, nieumyślnie? Nie no. To bez sensu. Trudno to kurwa określić. Wyminęła mnie, wpatrując się w podłogę i szybkim krokiem ruszyła do damskiej toalety.  Chciałem coś zrobić. Iść za nią. Przytulić. Pocieszyć. Przeprosić.
Nie.
Nie kurwa, nie będę padał przed tą suką na kolana, jeszcze czego, kurwa. To jej wina, że się nie odzywamy.
Wszedłem do klasy.

I mijało. Miesiąc, dwa miesiące, listopad, grudzień, potem święta, ferie i te sprawy. Kolejne miesiące… Znowu lato zajrzało do Laffayezadupia. Prawie codziennie chodziłem najebany, a jak akurat nie piłem to jarałem, wciągałem co się dało. Na koniec jednak wziąłem się w garść i zdałem jebaną maturę. Na dwa, bo naćpałem się jakichś pobudzaczy umysłowych i zbajerowałem do tego trochę egzaminatorkę. No, ale ZDAŁEM. Oczywiście trzeba to było opić. Bal olałem, za to poszedłem z  Paulem i paroma innymi znajomymi na domówkę do Sindy. Miała wieeelką chatę. Jak hotel, kurwa. Burżuazja jebana. Robiła imprezę dla maturzystów. Axl… No tak, hm… W sumie po jakimś tygodniu po rozpoczęciu roku go wyjebali ze szkoły i tym zniszczyli jego dobre intencje, więc maturzystą nie był. Mimo to i tak wjebałby się na imprezę, gdyby nie to że siedział w areszcie. No więc… Jest sobie impreza. Pijemy, bawimy się… Siedziałem akurat na tarasie, bo tam był basen i laski latały w samych strojach.
- Hej, Izzy… - usłyszałem obok siebie. Odwróciłem się i o mało co nie zadławiłem drinkiem. Andy. Była w czarnej sukience, takiej obszytej koronką. Z luźniejszymi rękawami, opadającymi jej na przed ramiona i zajebistym dekoltem. Odwróciłem spojrzenie od jej piersi i przeniosłem na oczy. Była pijana. Pewnie dlatego odważyła się zagadać. – Słuchaj… ja… kurwa, przepraszam. Tak cholernie cię przepraszam. – głos jej lekko zadrżał, a wzrok wlepiła w ziemię.  – Wiem, że odjebałam coś po czym nawet nie masz ochoty na mnie patrzeć… Ja… Chciałabym to jakoś naprawić. Byłam głupia… ślepa, że nie zauważyłam tego, że… to… ty… - podeszła bliżej i wbiła we mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu. - …Że... nie wiem jak to ująć. Podobałam ci się…? – wzruszyła ramionami. – Bo… było tak, nie…? Dlatego tak zareagowałeś kiedy mówiłam ci o… o Billu. I dlatego potem zachowywałeś się tak na ognisku…
Urwała i patrzyła na mnie wyczekująco. Nie wiedziałem, kurwa, co odpowiedzieć. Więc dopiłem whisky do końca i odstawiłem szklankę. Zmierzyłem ją wzrokiem i kiwnąłem twierdząco głową. Przyciągnąłem ją do siebie, kładąc dłonie na jej talii. Nie protestowała. Myślała chyba, że chcę przytulić ją na zgodę, bo od razu do mnie przylgnęła.
- Dalej mi się podobasz… - wymruczałem jej do ucha i poczułem jak przeszedł ją dreszcz. Byłem wcięty, ale nie tak pijany jak ona. Zjechałem dłonią na jej pośladek. – Chodźmy do jakiegoś pokoju, zostańmy sam na sam… Nikt nie będzie nam przeszkadzał, co ty na to…? – nadal miałem  obniżony głos, a ona zachowywała się jakby moje słowa były dla niej rozkazami i posłusznie je wykonywała. Po chwili już zamykałem drzwi od sypialni rodziców Sindy. Andy położyła się na łóżku, kładąc ręce ponad głowa i przeciągając się przy akompaniamencie cichego pomruku. Kurwa, to było jednoznaczne do „chodź tu i przerżnij mnie w końcu”. Jak mogłem nie spełnić jej prośby…?
Pochyliłem się nad nią i musnąłem ustami skórę na jej szyi, przesuwając potem nimi w górę. Uśmiechała się i dalej miała zamknięte oczy. Jutro niczego nie będzie pamiętać. Lepiej dla mnie. Po paru sekundach składałem już kolejne pocałunki na jej rozgrzanych wargach. Kurwa, ile ja czekałem na ten moment. Żeby choć ją pocałować, a teraz…? Teraz leży pode mną, gotowa i chętna, kurwa, otwarta na propozycje tego co mogę z nią zrobić. Zajebiste uczucie. Obróciłem się z nią, nie przerywając pocałunków, tak, żeby leżała na mnie i zacząłem rozpinać jej sukienkę. Zero protestów, kiedy powoli ją z niej zdejmowałem. Znowu zmieniliśmy pozycję i teraz to ja leżałem nad nią, chłonąc wzrokiem jej zajebiste ciało. Uśmiechnęła się  tylko i zdjęła mi koszulę, zaczynając dobierać się do spodni. Zamruczałem cicho i zacząłem obsypywać pocałunkami jej dekolt. Po chwili leżeliśmy już w samej bieliźnie, całując się zachłannie. Całkowite odcięcie od całego świata, teraz liczyła się dla mnie tylko ta chwila. Tylko ta dziewczyna. Wszystko inne, straciło znaczenie. To, co zrobiła. To, co się działo. Nawet to, że właśnie jesteśmy na imprezie. Kogo to, kurwa, obchodziło?
Po kolejnych minutach, które zdawały się być godzinami, leżeliśmy nago. Zwiedzałem ustami i językiem każdy możliwy skrawek jej ciała, wsłuchując się w ciche westchnienia. Kiedy czułem, że jest gotowa, wszedłem w nią. Tak po prostu. Kurwa. Jakby była jakąś pierwsza lepszą, poznaną na imprezie laską, albo jakbyśmy ze sobą byli, nie wiem. Choć w zasadzie, zdecydowanie była tą pierwszą opcją. To, że teraz się z nią pieprzyłem, praktycznie bez jej zgody, bo wydaje mi się, że była zbyt pijana żeby myśleć, jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało. W końcu dostałem, czego chciałem. Doprowadziłem ją na szczyt i sam  skończyłem prawie w tym samym momencie. Żeby nie wyjść na skurwiela nie wyszedłem od razu z pokoju tylko położyłem się obok. Od razu się do mnie przytuliła. Kurwa, jeszcze jakiś czas temu z pół roku jarałbym się takim obrotem sytuacji.
- Izzy…? – usłyszałem jej cichy, łagodny głos.
- Hm…?
- Jeszcze raz cię przepraszam… Chciałabym to cofnąć. Chciałabym… być z tobą. C…coś do ciebie czuję.
Przez chwilę leżałem sparaliżowany, przetwarzając jej słowa.
- Jesteś pijana…
- No... I dlatego jestem w stanie ci to w końcu powiedzieć. Wybacz, że jestem takim kurewskim tchórzem… Powiedz… mamy… mam… jeszcze szanse? Możemy być… razem…?
Nawet nie wiedziałem, kiedy na moją twarz wpłynął kpiący uśmieszek. Czemu teraz? Czemu, kurwa, TERAZ? Czemu nie parę miesięcy wcześniej? Wtedy nie byłem takim gnojem.
- Oczywiście, skarbie. – pocałowałem ją w głowę i przytuliłem.
Swego czasu po tym wyznaniu płynącym z jej ust byłbym najszczęśliwszym człowiekiem świata. Teraz… szczerze mówiąc… miałem na to serdecznie wyjebane. Od kilku tygodni miałem już ściśle ustalony plan na życie, o ile można tak to określić i  nie było w nim miejsca dla kobiet. Chyba, że chodzi o dziwki lub panienki na jedną noc. Co by się nie działo, jutro wyjeżdżam do Kalifornii. Jestem już zapakowany, mam forsę, matka się z tym pogodziła. Nie przekładam tego kurwa nawet dla Rose’a, który wyjdzie z pudła dopiero za dwa miesiące. Nie mam zamiaru marnować w tej dziurze nawet godziny życia więcej, niż to konieczne.
- Może odstawię cię do domu…? Chyba nie chcesz tu zostawać na noc, a nie jesteś w stanie raczej dłużej imprezować. – zagadnąłem.
- Ojciec… mnie zajebie. – usłyszałem przy uchu cichy śmiech, a potem lekki ruch. Sam wstałem i zacząłem się ubierać. Kiedy skończyłem, ona dopiero brała do ręki sukienke.
- Pomóc…? – uniosłem brew.
- Nie trzeba… - znowu cichy śmiech i parę minut później była gotowa do wyjścia w ludzi.
Na szczęście nie robiła żadnych problemów kiedy wyprowadzałem ją z imprezy. Przez całą drogę coś gadała, a ja tylko przytakiwałem, myślami będąc już przy jutrzejszym dniu.
- Słuchasz mnie w ogóle…? – zapytała niepewnie.
- Mhm.. tak, tak.
- A więc…? Może jakaś reakcja…?
- Aa, no. No tak, też tak sądzę. – Docieraliśmy pod jej dom. Zastanawiała się chwilę nad czymś.
- Znaczy… Też mnie… kochasz…?
Zatrzymałem się i powoli odwróciłem w jej stronę. To muszą być jakieś pierdolone żarty. Kogoś tam na górze mocno pojebało i spełnia marzenia z niezłym opóźnieniem.
- Czy ty mi wyznałaś miłość? – uniosłem brew do góry. Powoli kiwnęła twierdząco głową. – Kurwa! – nie wytrzymałem i postanowiłem wyładować swoją złość na niej. – Czy ciebie pojebało?! Jakiś rok ze sobą nie gadaliśmy! Puściłaś się z moim najlepszym kumplem! Tyle razy okazywałem że jestem tobą zainteresowany, a ty miałaś to w dupie! Teraz się najebałaś, dałaś mi dupy i już planujesz małżeństwo?! Dziewczyno, ogarnij się! Nie można mieć kurwa wszystkiego na raz, już wybrałaś, przeszłość kurwa nie wróci specjalnie na twoje życzenie. Mam teraz ważniejsze sprawy, a ty idź kurwa wytrzeźwieć. – machnąłem na nią ręką, odwróciłem się i odszedłem w stronę swojego domu. Jeszcze przez chwilę stała tam i płakała. Znowu to zrobiłem. Znowu doprowadziłem ją do płaczu. Znowu tego żałowałem. Mimo wszystko, miałem ochotę tam wrócić i ją przytulić. Naturalnie jednak, że tego nie zrobiłem. Wróciłem spokojnie do domu. Wziąłem prysznic, włożyłem jakieś gacie i położyłem się.



Następnego dnia obudziłem się koło dziewiątej, od razu z tą jedną, zajebistą myślą. To  już dzisiaj. Dzisiaj opuszczam na zawsze to chujowe miasto. Wstałem, ogarnąłem się i zacząłem znosić walizki na dół.
- Jeff… tak szybko jedziesz? – usłyszałem głos matki.
- Chcę tam być jeszcze dzisiaj, a to kawałek drogi… - wyszedłem, żeby zapakować wszystko do starego chevroleta , którego ojciec zostawił dawno temu i od tamtego czasu stał nie używany, bo matka nie miała prawka. Zacząłem ładować do niego perkusję i wzmacniacz. Matka wyszła za mną i stanęła w drzwiach, obserwując.
- Zjedz chociaż śniadanie, pożegnaj się z braćmi, kolegami…
- Dobra, jadę od razu po śniadaniu. – odpowiedziało mi jej westchnienie. Nie chciała wypuszczać mnie z domu. Jasne, nie dziwię jej się, dlatego postanowiłem zostać jakieś pół godziny dłużej. Zjedliśmy całą rodzinką, pożegnałem się z małymi bachorkami, matka napchała mi żarcia żebym miał na drogę i prawie zadusiła, żegnając się. Pocałowałem ją w czoło i powiedziałem ostatnie „pa”, po czym w końcu wjebałem się do samochodu. Włączyłem radio, przekręciłem kluczyk.
- Hasta la Vista, pierdolone Lafayette. – mruknąłem pod nosem i ruszyłem w stronę autostrady numer sześćdziesiąt pięć.