8 lutego 2014
Infox2
Dodałam rozdział siódmy, który napisałam już jakiś grubszy czas temu. Wróciłam, choć nie wiem na jak długo. Sama mam nadzieję, że na jak najdłużej, niczego nie moge zagwarantować. Nie podoba mi się już to opowiadanie i ciężko mi się pisze, ale postaram się je skończyć, może da się jeszcze zrobić z nim coś ciekawego. Mam za to parę innych projektów, które mam nadzieję tu opublikować, no ale, zobaczymy co przyniesie czas. Peace & love :)
Episode Seven
Obudziło mnie nieprzyjemne dźganie w ramie. Wkurwiony
chciałem bez otwierania oczu przegonić to coś ręką, ale nie ustępowało. W końcu
odwróciłem się, leniwie uchylając powieki. Na łóżku siedział ten mały gówniarz,
jakby nigdy nic gapiąc się na mnie przytulającego Andy. Czy to było serio takie
dziwne z jego perspektywy?
- Co jest, młody? – Ziewnąłem.
- Czemu tu spałeś? – zapytał spokojnie, przyglądając mi się
bacznie.
- Bo chciałem spędzić więcej czasu z twoją mamą. –
odpowiedziałem mu bez owijania w bawełnę. Spojrzałem na Andy która jeszcze się
nie obudziła. – Możesz tu wpaść za parę minut? – uniosłem brew, zwracając
spojrzenie znowu na Kennetha. Wzruszył tylko ramionami i wyszedł z pokoju. W
sumie dość kompromisowy jak na dzieciaka. Odgarnąłem Andreii ciemne kosmyki z
twarzy i musnąłem ustami jej skroń, następnie podążając nimi coraz niżej, po
linii szczęki, delikatnie zahaczając o jej wargi. Uśmiechnęła się lekko i
mruknęła coś niezrozumiałego, a potem przewróciła na plecy i spojrzała na mnie
swoimi jasnymi oczami.
- Która godzina…? – ziewnęła.
- Po dziesiątej. – odpowiedziałem jakimś takim wyjątkowo
spokojnym głosem, wpatrując się w nią i samemu czując wewnątrz jakiś taki
wyjątkowy spokój. Przeciągnęła się, nie wiedząc chyba jak zajebiście jej piersi
w tej pozie wyglądały. Podniosła się do pozycji siedzącej i odgarnęła włosy do
tyłu. Złapałem się na tym, że bezwiednie drapię się cały czas po łydkach,
dosłownie kurwa nie mogąc przestać. Rozejrzałem się dookoła, od razu tracąc ten
wewnętrzny spokój kiedy dotarły do mnie pewne fakty. Wyleciałem z łóżka jak z
procy, rzucając się do swoich spodni i koszuli i zaczynając je przeszukiwać.
- Izzy… Wszystko w porządku…? – usłyszałem za sobą. Andy
wstała z łóżka i podeszła do mnie, kiedy olałem jej pytanie, z desperacją
szukając małego woreczka w którym powinny znajdować się resztki heroiny. Na
pierdolone szczęście w końcu udało mi się go wygrzebać. Schowałem go w dłoni,
którą zacisnąłem w pięść.
- Tak, okay… musiałem tylko coś znaleźć.
- Co takiego? – zapytała, uśmiechając się jak ciekawska
gówniareczka, która chce podstępem podejść starszych żeby jej powiedzieli co
dostanie na święta. Była urocza.
- Nic… nieważne. – mruknąłem, nie potrafiąc skupić myśli
teraz nawet na niej. Zacząłem delikatnie dygotać, ale starałem się to jakoś
powstrzymywać. – Słuchaj… Zaraz przyjdę, idę się ubrać i w ogóle.
Nie czekając na jej odpowiedź porwałem jedynie kurtkę i
pomknąłem do łazienki. Z kurtki wyciągnąłem strzykawkę, zamocowałem nową igłę i
zacząłem robić sobie działkę. Łapy trzęsły mi się jak kurwa mać. W końcu wbiłem
się, parę sekund później czując już ogarniające mnie, znajome ciepło i
ukojenie. To było to, w ten sposób mógłbym funkcjonować już zawsze. Zawsze być
w takim stanie jak teraz. Westchnąłem cicho, zamykając oczy i rozkoszując się działaniem
narkotyku przez tą krótką chwilę. Wróciłem do sypialni Andy po paru minutach ,
w bokserkach i kurtce.
- Zapomniałeś chyba czegoś. – uniosła brew, uśmiechając się
lekko. Jebnąłem kurtkę na krzesło i położyłem się obok niej. – Co to było?
- Co? – spojrzałem na nią zaskoczony.
- Wylatujesz z pokoju jakby się paliło, niby się ubrać, a
nawet nie bierzesz ubrań. Teraz wracasz i jakby nigdy nic się kładziesz.
- Źle się poczułem… Daj spokój. – starałem się uciąć temat,
ale ona nie była głupia. Wydawało mi się, że może coś podejrzewać. Byłem wręcz
pewien, że tak jest, nie komentowała tego jednak, uznając pewnie, że nie jest
to już jej interes.
Wpatrywałem się w nią, jak robi śniadanie, rozmawiając i
żartując z tym małym gówniarzem. Nie wiem jak to określić, ale czułem wtedy coś
takiego… coś, co mi się kurewsko podobało, coś co sprawiło, że cały czas
uśmiechałem się jak głupi. Przez chwilę moje myśli nawiedził obraz szczęśliwej
rodzinki, ze mną w roli głowy rodziny. Czegoś bardziej absurdalnego chyba
jeszcze świat nie widział.
- Dzięki. – uśmiechnąłem się i zacząłem wpierdalać jajka z
bekonem, które postawiła przede mną Andy.
Po śniadaniu siedzieliśmy w salonie, zacząłem dogadywać się
z młodym i w sumie stwierdzam, że fajny z niego dzieciak. Wyrośnie na ludzi. Po
czternastej zostałem niestety grzecznie wyproszony, bo za niedługo Andy musiała
zbierać się do pracy. Była kelnerką w jakiejś restauracji… chuj wie gdzie. To
dlatego nie mogłem znaleźć jej więcej w Rainbow. Ciekawe dlaczego zmieniła
robote.
Cały mój czas starałem się zorganizować jakoś tak, żeby
poświęcać go w takim samym stopniu na nagrania, jak i na spotkania z Andy i tym
młodocianym bandytą, do którego w sumie dość mocno się przywiązałem. Zabierałem
go na spacery, koncerty, do studia… Podobało mu się co robimy, podobała mu się
muzyka, a jak widzi się takiego dzieciaka, który już wie co dobre, to normalnie
aż serducho się raduje. Guns N’ Roses zaczęło pracę nad mini albumem.
Zamierzaliśmy umieścić na nim nasze dwa najlepsze kawałki, Reckless Life i Move To The
City. Poza tym mieliśmy w planach dwa covery, więc że tak powiem, zbytnio
się nie napracowaliśmy. Tym bardziej że nagrywaliśmy całość niecałe dwa dni.
Siedzieliśmy w studiu od rana do nocy, chlejąc i ćpając, a na nagrania
poświęcając ledwie pięć godzin łącznie. Byliśmy jednak dumni z efektu. Nasza
pierwsza, kurwa, prawie płyta! Od razu po zakończeniu pracy nad nią musieliśmy
to oblać. Poszliśmy więc wieczorem do Cathouse, a ja postanowiłem zabrać tam
Andy. Wcześniej nie spotykaliśmy się nigdy wszyscy razem. Znaczy, ona nie znała
ich, bo w sumie to tego nie chciałem. Fajnie spędzało mi się z nią czas, ale
nie byłem pewien jak może to wyglądać w
towarzystwie moich kolegów. No i Axl.
Niekoniecznie pasowało mi to, że będą przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu.
Nie wiem dlaczego. Rzekłbym, że przypominało to zazdrość, ale zazdrosny nie
byłem. No kurwa, niby o co…? Przecież Andy nie była moja. Niestety.
- Jak kurewsko miło nam was ugościć. W samą porę Stradlin,
chodź zatańczyć. – Slash wstał i klepnął mnie w ramię. Andy spojrzała na mnie
rozbawiona.
- Zaraz wrócę. Nie pytaj… - wymusiłem uśmiech i poszedłem z
Hudsonem do kibla, żeby uzupełnić krew w potrzebne substancje. Kiedy wróciliśmy
szczęśliwi i pełni życia, wszyscy zajęci byli rozmową i chlaniem.
- To kiedy tu przyjechałaś…? Ile już tu siedzisz…? –
wypytywał ją Duff, wyraźnie chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę żeby nie czuła
się z nami niekomfortowo. On wbrew pozorom był inteligentny. Był też przyjazny
i otwarty, i kiedy ktoś był nowy, jak teraz Andy, zawsze chętnie pomagał się
odnaleźć w naszym towarzystwie. Robił to tym chętniej kiedy była to dziewczyna,
bo kutas doskonale potrafił wczuć się w rolę uroczego, miłego i wyrozumiałego
kolegi, tym samym szybko zyskując największą sympatię i mając kolejną pannę w
łóżku. Ale tej nie uda mu się przelecieć, więc niech nawet chuj o tym nie
myśli.
- Andy, Izzy mówił że
wpadłaś. Kiedy, kurwa? Z kim? – usłyszałem głos Axla, siedzącego naprzeciwko
Andy. Wpatrywał się w nią uważnie, a ja po jej minie widziałem już, że będzie
niedobrze.
- Um… To… skomplikowane… - spojrzała na mnie z wyrzutem i
żalem. Pewnie pomyślała, że rozgadałem całemu Hollywood, że ma dziecko i że
przy okazji jeszcze nieźle na nią nawrzucałem. Mruknęła coś, że źle się czuje i
bez żadnych bardziej szczegółowych wyjaśnień wyszła. Bez zastanowienia wstałem
i wyleciałem za nią.
- Andy… poczekaj! – złapałem ją za rękę, ale wyrwała się. –
Posłuchaj...
- Czego? – odwróciła się w moją stronę. Nawet nie była zła.
Chyba.
- Przepraszam… nie powinienem o tym mówić Axlowi. To twoje
sprawy i w ogóle...
- Izzy… wyluzuj. – uśmiechnęła się lekko. – Wpadłam. Trudno…
Ale Kenneth to mój syn, nie wstydzę się go i nie mam zamiaru wyrzekać czy robić
z tego jakiś temat tabu. – wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok, a ja
wpatrywałem się w nią cały czas uważnie. Bez słowa objąłem ją i zaczęliśmy iść
w stronę jej domu. Było mi głupio, ale musiałem zapytać.
- Czyj… czyj on jest? Jeśli… znaczy… albo nie mów. Albo
poczekaj… czy… czy on jest Axla? – zatrzymałem ją i udało mi się to w końcu
wydusić. Widziałem jej zaskoczone spojrzenie. – Nie mów nic innego… chce
wiedzieć tylko tyle. Tak, albo nie. Jest jego, czy nie? – przewiercałem ją
spojrzeniem, czując jak serce coraz bardziej mi przyspiesza. Zależało mi na
tym, żeby to wiedzieć. Modliłem się w duchu, żeby odpowiedziała przecząco. Nie
wiem czemu, ale kurwa zajebałbym się gdyby to dziecko było jego. Najpierw w
sumie zajebałbym rudego, potem siebie. To chore, wiem. Zależało mi na tej
dziewczynie i to cholernie. Zaakceptowałem Kennetha, przywykłem do tego, że
Andrea poświęca i będzie poświęcać mu wiele czasu, że dojrzała, jest teraz
matką i została zmuszona do prowadzenia dorosłego życia. Że nie będzie już tak
jak było kiedyś. Kurwa… właściwie to oboje dorośliśmy. Nie jesteśmy już
gówniarzami, tylko że mnie akurat jakoś to umknęło. W każdym razie byłem gotów
rzucić wszystko, żeby tylko w jakikolwiek sposób być blisko z Andy. Ale gdyby
okazało się, że Keny jest dzieciakiem Axla… Nie mógłbym już chyba normalnie
przebywać w jego towarzystwie. Przypominałby mi tylko ciągle o sytuacji która
zaszła w Lafayette, o wyborze Andrei, o tym co działo się później… Myślcie o
mnie co chcecie. Jestem skurwielem, jestem jebanym chujem bez uczuć… ale tamto
naprawdę mnie zabolało. Nigdy do żadnej dziewczyny nie czułem czegoś takiego
jak do niej i nigdy nic nie zadało mi tyle bólu jak właśnie ona. Cholera,
pamiętam przecież jak nie wychodziłem z domu przez tydzień. Wiem, że kurwa
nawet wtedy płakałem. Raz mi się tylko zdarzyła taka akcja. Właśnie wtedy.
Więc… no… zrozumiecie albo nie. Po prostu musiałem to wiedzieć.
- Izzy… my… myślałam, że… To wszystko jest oczywiste… - patrzyła
na mnie zaskoczona, a ja ponaglałem ją spojrzeniem do szybszej odpowiedzi. –
Nieważne zresztą. Nie, nie jest Axla, co do tego możesz być pewien.
O kurwa. Jaka ulga! Kamień spadł mi z serca, aż musiałem
głębiej odetchnąć. Byłem tym wszystkim tak podekscytowany, że nie zauważyłem
nawet tego, że Andy jakoś dziwnie się zasmuciła. Kompletnie nie myśląc o tym co
robię, przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem. Staliśmy pod jej domem, a ja
obejmowałem ją i całowałem. Zajebiście było znowu poczuć jej usta. Jej
delikatne dłonie wplecione w moje włosy. Dopiero po jakiejś dłuższej chwili się
od siebie odsunęliśmy. Wpatrywałem się w nią z uśmiechem, wpatrywałem się w jej
uśmiech. Oczy jej się zaszkliły i zaśmiała się cicho. Nie mówiła jednak nic.
- Kurwa… jestem… Jestem tak zajebiście szczęśliwy. Jestem
pojebany, wiem, dlatego tez nie masz po co pytać skąd to szczęście. Nie
obchodzi mnie czyj jest… Jeśli nie jest Axla… kurwa, ale zajebiście… - znowu
odetchnąłem z ulgą, ale ku mojemu zaskoczeniu, po tym co wybredziłem uśmiech
zszedł jej z twarzy. Otworzyła usta, jakby chcąc coś powiedzieć, ale po chwili
zrezygnowała. Odepchnęła mnie lekko od siebie i otworzyła drzwi, wchodząc bez
słowa do domu. Zawołałem, ale zamknęła mi je przed nosem. Nie miałem
pierdolonego pojęcia co siedziało jej w głowie. Po paru minutach stania i
gapienia się w jej drzwi udałem się w stronę domu.
Obudziły mnie drgawki. Kurwa, co się ze mną dzieje.
Przesunąłem dłonią po twarzy. Doskonale wiedziałem co się ze mną dzieje.
Wiedziałem też że najwyższa pora coś z tym zrobić. Ale… ale nie dzisiaj.
Wstałem i zrobiłem co trzeba, a kiedy na nowo poczułem życie poszedłem wziąć
prysznic i coś zjeść. Oglądałem wiadomości, myśląc o tym, co wydarzyło się
wczoraj. Czemu Andy tak się zachowała? Co jej, kurwa, zrobiłem? I nagle
poczułem ogarniające mnie szczęście. Dzieciak nie jest Axla! Z drugiej jednak
strony coś nie dawało mi spokoju. Myślałem, że to ta „złość” Andy na mnie. Ale
nie chodziło tylko o to. W sumie to… kurwa. Nie wiem. Poszedłem odłożyć talerz
do zlewu i zacząłem robić sobie kawę. Wyszedłem do sypialni i zacząłem szukać
jednego albumu. Nie wiem czemu, ale jakoś tak wzięło mnie na znalezienie
naszych starych zdjęć. Moich i Andy. Prawie nie pamiętam jak wtedy
wyglądaliśmy, a chciałem zobaczyć dokładnie jak się zmieniła. Co się zmieniło…
Przeszukiwałem ten album i akurat wypadło z niego zdjęcie. To było to, kosmiczna
świadomość. Jak chuj w to wierze. Łapiecie, o co chodzi? Całe te zbiegi
okoliczności, to że los robi wszystko po swojemu. To jest to, i to miało miejsce teraz. Podniosłem zdjęcie
siebie za gówniarza. I miałem takie kurwa… wrażenie… jakbym dostał z liścia. A
potem zatrzymało mi się serce. Potem oddech przyspieszył… Co było potem to już
nie pamiętam. Wiem, że od razu zerwałem się i pobiegłem do mieszkania Andy a po
głowie kołatała mi się jedna, jedyna myśl. Dlaczego
Kenneth wygląda jak ja w jego wieku?!
Waliłem do drzwi, jakbym chciał zaraz je wyważyć. Po chwili
otworzyła mi zaspana. Nie wiedziałem która była godzina, nie obchodziło mnie to. Odepchnąłem ją i wszedłem bez pozwolenia
do środka.
- Co ty robisz?! – podniosła na mnie głos, zaskoczona.
- Czyje to dziecko? – mój głos był spokojny, ale stanowczy i
kurwa głośny. Wpatrywała się we mnie zaskoczona, jakby nie była w stanie nic z
siebie wydusić i się ruszyć. W tym momencie nie koniecznie mi to odpowiadało. –
Czyje?! – krzyknąłem, a zza drzwi swojego pokoju wyszedł Kenneth. Nie zwracałem
na niego uwagi.
- Keny, wróć do pokoju…
- Odpowiadaj mi, kurwa, na tym się skup! – krzyczałem na
nią, nie panując nad sobą.
Wiedziałem, że mogę ją tym wystraszyć i pewnie też
to zrobiłem, ale miałem to w dupie. Musiałem otrzymać od niej odpowiedź. W jej
oczach pojawiły się łzy. Znowu to uczucie. Znowu doprowadziłem ją do łez. Jak
kiedyś. To chyba mój talent.
- T… Twoje.
Jedynie tyle padło z jej ust. Teraz to ja zamarłem. Czy się
tego spodziewałem…? Tak. Wyglądał identycznie jak ja, kiedy byłem w jego wieku.
Miał sześć lat. A ja pieprzyłem Andy siedem lat temu. Nie założyłem gumki,
miałem na to wyjebane. Nie wiedziałem, dlaczego nie wpadłem wcześniej na to, że
jest mój. Chociaż w pewnym sensie przeczuwałem to. Przez jakiś czas nachodziły
mnie takie myśli, ale szybko je od siebie odganiałem, uważają, że to
niemożliwe. Skierowałem swój wzrok na ciemnowłosego dzieciaka. Miał moje oczy,
włosy, twarz. Ale kurwa sposób, w jaki patrzył to miał po matce. Przenikliwy,
czujny… Nie wiem jak to określić. W każdym razie byłem w jebanym szoku. Nie
wiedziałem co powiedzieć. Wiedziałem jaka będzie jej odpowiedź, ale i tak
uderzyło to we mnie z cholerną mocą. I co teraz? Od ponad sześciu lat mam syna.
I nawet o tym nie wiem. W dodatku mam syna z kobietą moich marzeń. Zajebiście,
nie? A jednak…
- Izzy…
- Czemu nie powiedziałaś mi od razu? – przerwałem jej. Tak,
miałem o to cholerny żal.
- Nie chciałam… Nie chciałam żebyś nas zostawił. Nie
wiedziałam jak zareagujesz, chciałam… czekałam żebyś…. Myślałam, że może sam
się domyślisz… Po prostu… bałam się. –
głos jej drżał. Westchnąłem głośno i odgarnąłem sobie włosy z czoła.
- On wie…? – zapytałem ciszej, mówiąc o Keny’m. Pokręciła
przecząco głową, a po policzkach spłynęło jej jeszcze więcej łez. Byłem
zdenerwowany. Niesamowicie wkurwiony, ale kiedy patrzyłem na nią, zapłakaną i
na skołowanego Kennetha… mojego, kurwa, syna… Nie mam pierdolonego pojęcia, co
wtedy czułem. Podszedłem do Andy i przytuliłem ją mocno do siebie. Rozpłakała
się jeszcze bardziej, wtulając we mnie. Mamrotała, że przeprasza, że nie
chciała… Nie interesowało mnie to specjalnie. Zastanawiałem się co teraz
będzie. Nie zostawię ich, to było pewne. Chciałbym być dla nich mężem i ojcem.
O kurwa, jak to brzmi… dobre, nie? To mogłoby wypalić, gdybym nie był ćpunem.
Alkoholikiem, dziwkarzem, muzykiem z wątpliwą przyszłością. To wszystko… będzie
trudne.
7 września 2013
Info
No więc dodałam rozdział szósty, który może być zarazem ostatnim. Trwało to tak długo, bo zastanawiałam się nad tym czy jest sens w ogóle dalej się w to bawić. To cholernie irytujące i smutne zarazem, kiedy wnioskując po komentarzach, widzę, że osoby czytające tego bloga zliczyć się da na palcach jednej ręki. Zdemotywował mnie ten fakt, bo skoro widzę ile osób tutaj wchodzi (ich swoją drogą też zbyt wiele nie jest), a komentarze zostawiają od początku jedynie dwie, trzy osoby, to mogę myśleć jedynie, że albo treść jest niewarta nawet krytycznego komentarza, albo czytelnicy są strasznie leniwi. Ludzie są dziwni, mogą być już tylko dziwniejsi, w to wolę nie wnikać. Tak więc, wracając, nie mam zamiaru pisać, publikować tym bardziej czegoś, co jest tandetne. Szkoda, ja też żałuję. Pewnie nawet bardziej. Na początku myślałam, że będzie inaczej. Dziękuję tym paru osobom, które podjęły się tak bardzo pracochłonnego zadania jakim jest napisanie krótkiego komentarza pod każdą notką. Peace & love people!
Episode Six
Rose przystał na plan Duffa po kolejnej kłótni, w czasie
której doszło do rękoczynów i złamał Tracii’emu nos. Axl za to skończył na
ostrym dyżurze ze statywem wbitym w głowę. A… a nie, ta część ze statywem to
akurat był mój sen. Axl wyszedł z tego niestety cały i zdrowy. Dzień później
poszedł do Tower Records, gdzie pracował jakiś czas z Hudsonem (dopóki nie
wyjebali go za podburzanie i rozpijanie pracowników) i złożył mu propozycje
grania z nami. Kudłaty mulat nie był zbytnio przekonany, ale w końcu zdecydował się na współpracę.
Lubiliśmy się... irytował mnie jednak fakt, że wpierdalał się ze swoją gitarą
ponad wszystkich, nie koniecznie
odpowiadał mu bas i druga gitara, i często po prostu nas ignorował, grając po
swojemu. Trzeba mu przyznać, że swego
czasu zachowywał się jak zarozumiały, rozpieszczony kutas.
Duff, zadowolony ze zmiany gitarzysty, z tego szczęścia
zorganizował nam nawet trasę. Pięć
koncertów i to kurwa płatnych. Do dziś nie wiem jak udało mu się to
osiągnąć, kurwa, ale byłem z siebie
zajebiście dumny. No, z niego też oczywiście, ale z siebie bardziej, bo od
samego początku wiedziałem przecież, że ten punkor z Seattle był darem od
niebios. Kiedy tak siedzieliśmy u McKagana i rozentuzjazmowani wyobrażaliśmy
sobie jak będzie wyglądać nasza pierwsza trasa, Jason jakoś dziwnie zbladł.
Chyba nie spodobała mu się opcja przejechania prawie dwóch tysięcy kilometrów
z… no… nami. Nikt jednak jakoś specjalnie nie przejął się jego odejściem.
Oprócz Duffa oczywiście, który od razu zaczął panikować. Pamiętam że niecałe
parę sekund po opuszczeniu lokalu przez Jasona, Slash sięgnął po telefon
wykręcając numer jakiegoś swojego kumpla,
a niecałą godzinę później w drzwiach zjawił się wyszczerzony, opalony
blondyn rodem ze słonecznego patrolu. Brakowało tylko desek surfingowych w
miejsce bębnów. Przywitał się, rozłożył swój zestaw, o parę razy bardziej
rozbudowany niż tego oczekiwaliśmy i zaczął grać. Był dobry. Nawet bardzo.
Kipiała z niego energia kiedy napierdalał w te wszystkie bębny, a uśmiech nie
schodził mu z twarzy. Po paru minutach wstał, zakręcił pałeczkami i podrzucił w
górę, chcąc później ostentacyjnie je złapać. Skończyło się na tym, że jedna po
drugiej przypierdoliły mu w głowę. Ten ostatni akt urzekł nas tak bardzo, że
przyjęliśmy Adlera bezapelacyjnie. Pozostała jednak kwestia nadmiaru bębnów.
Nikt z nas nie miał serca kazać mu ich wyjebać, poszliśmy mu więc na rękę i
kiedy blondyn polazł do kibla, wypierdoliliśmy ich część przez balkon
wychodzący na tyły budynku. Kiedy wrócił, poświęcił prawie pół godziny na
sprawdzanie czy nie zgubił ich w drodze do kibla, albo czy czasami nie ma ich w
którejś kieszeni, aż w końcu darował sobie i zagraliśmy pierwszą piosenkę całą
piątką. Od razu wiedziałem, że to było to. Slash oswoił się już z tym, że nie
jest jedynym członkiem zespołu który szarpie struny, Steven idealnie wybijał
dla nas rytm, a kiedy wszedł Axl z wokalem od razu to poczuliśmy, cała piątka.
To coś, ten dreszcz, od razu pojawiła się między nami chemia. Tak, brzmi to
pedalsko w chuj, ale tak właśnie było. Graliśmy do późnego wieczora, a potem
poszliśmy się najebać w ramach zacieśniania więzów. Dwa dni prób później,
byliśmy już w naszej pierwszej trasie. Skołowaliśmy samochód od Jacka, mojego i
Axla byłego współlokatora i wyruszyliśmy w piątkę, z całym sprzętem w
przyczepie w stronę Seattle.
Pierwsze komplikacje pojawiły się parę kilometrów za Los
Angeles. Auto odmówiło dalszej współpracy i byliśmy zmuszeni dopchać tego złoma
na pierwszą stację jaka była po drodze, a była ona oddalona o jakiś kilometr od
nas. Szczęście w nieszczęściu. Wszyscy byliśmy cholernie wkurwieni. Duff
poszedł zaopatrzyć nas w zimne piwa, ja i Slash staliśmy, opierając się o
samochód i paląc. Axl starał się myśleć, a Steven miał wyjebane. W końcu
przyszedł nasz basista z alkoholem i podjęliśmy decyzję. Zapierdalamy łapać
stopa, bo nie opłaca nam się czekać na zbawienie na tym zadupiu. Tak więc przez
kolejne godziny staliśmy przy drodze i staraliśmy się kogoś złapać.
Zaczęło się już ściemniać, kiedy w końcu jakiś stuknięty kierowca tira
zatrzymał się żeby nas zabrać. Prawie dwadzieścia godzin wysłuchiwania jego bełkotu i
wąchania smrodu jego i naszej piątki. To było ponad wszystko, kurwa. Już chyba
wolałbym wtedy zapierdalać piechotą. Po tych najgorszych godzinach mojego
zasranego życia wysiedliśmy z tej ciężarówki i postanowiliśmy dotrzeć do
Seattle w jakikolwiek inny sposób. Tak, do Seattle, czyli tam gdzie miał być
ostatni z naszych pięciu koncertów. Niestety, tamte cztery poszły się jebać, bo
i tak byśmy na nie nie zdążyli. Żadne z nas jednak jakoś specjalnie się tym nie
przejmowało, dla każdego najbardziej liczył się właśnie ten ostatni koncert w
Seattle. Tylko on nam został i musieliśmy dopiąć swego. Po prostu, kurwa,
musieliśmy. Dotarliśmy do tego nieszczęsnego miasta parę godzin przed
koncertem. Kumpel Duffa, Joe przyszykował dla nas imprezę powitalną. To było
coś. Po tych dniach męczarni w końcu alkohol, narkotyki i laski. McKagan
skołował od zaprzyjaźnionego zespołu perkusję i wzmacniacze, i po zrelaksowaniu
się na imprezie przyszedł czas na koncert. Może nie był profesjonalnym
koncertem jaki sobie wyobrażaliśmy, może nie graliśmy na wielkiej scenie tylko
w zatęchłym pubie dla punków i nie trwało to więcej niż pół godziny, ale i tak
było zajebiście. Zagraliśmy wszyscy razem, przekazaliśmy to co chcieliśmy,
pokazaliśmy się poza sceną LA i przede wszystkim kurwa, udało nam się. Byłem z
siebie zajebiście dumny. No dobra, z NAS. Siedzieliśmy i imprezowaliśmy w
Seattle jeszcze chyba trzy dni, aż jakaś laska zaoferowała się że podwiezie nas
do LA. Bez zbędnych pytań wjebaliśmy się do jej samochodu i wyruszyliśmy do
domu. Kurwa, i to była kolejna wyczerpująca, nieprzyjemna i ogólnie chujowa
podróż. Kiedy już wróciliśmy do Hollywood, miałem ochotę paść na kolana i
całować betonowa ziemię.
- Stęskniłem się za tym zanieczyszczonym powietrzem. –
mruknął Slash, biorąc głęboki oddech a chwilę potem odpalając papierosa.
- Idziemy się dzisiaj najebać. – Zarządził Axl, na co
wszyscy chętnie przystaliśmy.
Każdy z nas miał po dwadzieścia dolców, które otrzymaliśmy
za koncert w Seattle. Zgodnie ustaliliśmy, że najlepszym sposobem na wydanie
ich będzie przepicie. Poszliśmy do Roxy, korzystając z tego że ktoś dzisiaj
grał i Slash z Adlerem mogli spokojnie wejść do środka. Akurat na scenie był
jakiś młody, glamowy zespół. Skończyli przed dwudziestą trzecią i w końcu dało
radę normalnie porozmawiać. Mimo to ja nadal wgapiałem się beznamiętnie w stół,
sącząc swoje wino i myślałem nad tym gdzie podziewa się Andy. Po prostu nie
mogłem się od niej odpędzić, ciągle siedziała mi w głowie. Miałem do niej tyle
pytań. Chciałem… kurwa, przeprosić. Wtedy miałem na wszystko wyjebane. Teraz w
sumie nie wiele się zmieniło, ale wiem że w stosunku do niej postąpiłem
niesłusznie. Nie powinienem być taki ostry. Moje odczucia co do niej zmieniały
się częściej niż wcześniejsze składy zespołów. Nie panowałem nad tym, w jednej
chwili jej nienawidziłem, w drugiej cholernie za nią tęskniłem i było mi jej
szkoda. To było pojebane i powoli zaczynało mnie męczyć. No bo ileż można? Pół
roku temu zobaczyłem ją za barem, zamieniliśmy parę słów i jeb. Ciągle siedzi
mi w głowie. Wstałem, żeby wyjść zapalić. Przed Rainbow stało od chuja ludzi,
dzieciaki łaziły po ulicy, w ciemniejszych uliczkach pomiędzy budynkami co
chwila znikały jakieś osoby, żeby po chwili wyjść stamtąd z prochami w
kieszeni. Skończyłem palić i rozejrzałem się jeszcze raz. Jestem tu już sześć
lat. Sześć, pierdolonych lat. Mogę śmiało nazywać to miejsce domem.
Następny dzień spędziliśmy na próbach w Silverlake. Vicky
pomogła załatwić nam salę do ćwiczeń, gdzie mogliśmy spędzać całe dnie, czasem
nawet tam spaliśmy. Choć możliwe jest też, że tylko nam się wydawało, że możemy tam tyle
siedzieć… W każdym razie nikt nas nie upominał. Pod koniec lipca oblewaliśmy
urodziny Slasha. Akurat graliśmy wtedy w The Troubadour i był to jeden z lepszych koncertów. Axl się
nie spóźnił, skrzeczał i wił się w ten swój pokraczny sposób, doprowadzając
laski do orgazmu. Slash miał na głowie cylinder, który sprawił sobie na
urodziny i który jakimś magicznym sposobem nie spadał mu z głowy kiedy ten
skakał z gitarą i wyginał się o sto osiemdziesiąt stopni do tyłu. Steven
napierdalał w bębny, chuj wie skąd czerpiąc pokłady energii. Duff i ja graliśmy
razem, wspomagając Axla w wokalu i oślepiając laski naszą zajebistością.
Znaczy, ja oślepiałem je bardziej, to chyba oczywiste. W połowie koncertu stało
się coś, o czym nigdy nie pomyślałbym, że może się stać. Przy barze ujrzałem
Andy, popijającą jakiś drink i wpatrującą się we mnie. Aż przestałem grać na
chwile. Nie patrzyła na Axla. Na żadnego z tych debili, tylko na mnie. Nawet się
lekko uśmiechała. Z transu wyrwało mnie dopiero szturchnięcie Duffa.
Przeszedłem na drugą stronę sceny, złapałem rytm i znowu włączyłem się do gry.
Co chwila spoglądałem na nią, jakby
chcąc się upewnić czy nie mam jakichś dziwnych wizji albo omamów, na przykład na
skutek prochów. Ale nie. Była tam, naprawdę tam była. Jeszcze tylko dwie
piosenki, tylko dwie. To powtarzałem sobie w głowie jak mantrę, chcąc jak
najszybciej zejść ze sceny i do niej podejść. Przywitać się z nią, przytulić.
- Byliście świetni. Nie wiedziałam. że to ty grasz w tym
sławnym Guns N’ Roses. – Tymi właśnie słowami mnie przywitała, kiedy
podleciałem do niej jak głupi, od razu po odstawieniu gitary.
- Sławnym…? – uniosłem brew, zdziwiony określeniem.
- Wszyscy na Sunset o was mówią. Dziewczyny nie marzą o
niczym innym, jak żeby znaleźć się sam na sam z którymś z piątki
przystojniaków. – puściła mi oczko, cały czas się uśmiechając. Nie był to
wymuszony uśmiech, nie był też tym smutnym uśmiechem który widziałem kiedy
zobaczyłem ją pierwszy raz w LA, ale nie był też tym cudownym, ciepłym
uśmiechem jaki zawsze widniał na jej twarzy. Zacząłem się zastanawiać czy
jeszcze kiedykolwiek go zobaczę…
- A ty? – nie mogłem powstrzymać kokieteryjnego uśmiechu. Od
razu odwróciła wzrok.
- Powiedzmy, że nie mam teraz czasu na facetów. – wzruszyła
ramionami.
- A co cię tak zajmuje? – nachalnie chłonąłem wzrokiem jej
twarz, mając gdzieś to, że może jej się to wydawać trochę dziwne. – Przejdziemy
się…?
Wyszliśmy na zewnątrz. Nadal nie uzyskałem odpowiedzi na
zadane pytanie. Chciałem ją objąć, ale strąciła moją rękę. Usiedliśmy gdzieś na
ławce, cały czas milcząc.
- Słuchaj, Andy… - zacząłem i westchnąłem cicho, nie wiedząc
jak mam to dalej ubrać w słowa. – Kurwa, no… po prostu przepraszam. Cholernie
cie przepraszam, za to co zrobiłem. Wiem, że pewnie mi nie wybaczysz. Kurwa,
nawet tego od ciebie nie wymaga. Wiem, że nie zasługuje. Chcę tylko, żebyśmy
czasem zamienili ze sobą parę słów… chcę żebyś wiedziała, że… Że kurwa, tęsknię
za tobą. I żałuje. Żałuje tego, że wtedy byłem takim zjebanym, egoistycznym
gnojem i że tak cię potraktowałem… jeszcze raz cię przepraszam… - tak… nie
wiedziałem co powiedzieć, ale jak już zacząłem, to rozgadałem się niemal jak
Axl. Wyrzuciłem z siebie wszystko i nagle poczułem się jakoś tak kurewsko lekko
i zajebiście, że aż sobie głęboko odetchnąłem. Spojrzałem na nią niepewny jej
reakcji. Wpatrywała się w swoje trampki, milcząc przez parę sekund, które
zdawały mi się być godzinami.
- Już dawno ci wybaczyłam… - usłyszałem po chwili. – Sama
popełniłam mnóstwo błędów. Miałam do ciebie żal, ale po tych wszystkich latach…
Nie chowam urazy. – uśmiechnęła się lekko, spoglądając na mnie. Dostrzegłem w
tym uśmiechu cień tego prawdziwego. – Dziękuję że przeprosiłeś. Znam cię i wiem, że to naprawdę wielki wysiłek dla ciebie, twojego ego i męskiej dumy. Doceniam to. –
zaśmiała się cicho.
- Cholera, jak dawno już nie słyszałem tego cudownego
śmiechu… - ups, kurwa. Nie chciałem mówić tego na głos. – Ładnie ci w
czerwonym. – mrugnąłem do niej, widząc jak się rumieni.
Rozmawialiśmy jeszcze chyba z godzinę. Głównie wypytywała
mnie jak sobie radziłem po przyjeździe do LA, o sobie jakoś nie chciała za dużo
mówić. Odprowadziłem ją do domu po pierwszej.
- Dzięki za dzisiaj… - uśmiechnęła się lekko, odwracając się
do mnie kiedy już otworzyła drzwi.
- To ja dziękuję. Że w ogóle… zechciałaś ze mną gadać. –
pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się.
- Daj spokój. Słuchaj… może wpadniesz do mnie jutro..?
Znaczy… dzisiaj.
- Jasne. – w myślach skakałem z radości jak jakiś debil. – O
której? Ja mogę o każdej porze.
- Po południu. Trzynasta, czternasta…? To do zobaczenia. –
zbliżyła się do mnie niepewnie i pocałowała w policzek, po czym zniknęła za
drzwiami.
Czułem się tak zajebisty, jak nigdy dotąd. Delikatnie
dotknąłem miejsca w którym jej usta zetknęły się z moją skórą. Wróciłem do domu
w niezniszczalnie dobrym nastroju. Umyłem się, wziąłem działkę i położyłem się
spać. Nie mogłem się już kurwa doczekać jutra. Znaczy… dzisiaj.
Obudziłem się akurat jakoś przed dwunastą. Przeciągnąłem się
leniwie i leżałem tak chwilę, wpatrując się w sufit. Zastanawiałem się, czy to
nie był tylko sen. Wtedy na mojej zajebistej twarzy pojawił się szeroki
uśmiech, bo zdałem sobie sprawę z tego, że to była kurwa rzeczywistość.
Nadzwyczaj żwawo wyskoczyłem z łóżka i poszedłem się umyć. Tym razem nawet się
kurwa ogoliłem i umyłem zęby. To było coś. Ubrałem się jeszcze zajebiściej niż
zwykle i użyłbym też jakichś perfum, ale takowych nie posiadałem. Kiedy byłem
już gotowy do wymarszu, było trochę po dwunastej. Chyba nie obrazi się, jak
przyjdę przed czasem? No ależ skąd, kurwa. Tak więc w końcu znalazłem się przed
jej drzwiami i już miałem zapukać, kiedy coś mnie kurwa sparaliżowało. Ja
jebie, trema. Normalnie w myślach wyśmiewałem sam siebie, ale serio się bałem.
Bałem się zobaczyć Andy z jakimś dzieciakiem na rękach. Bałem się tego, o czym
możemy rozmawiać. Bałem się w ogóle postawić nogę w jej domu. To było tak
cholernie głupie, że aż nie będę tego dłużej komentować. W końcu przełamałem
się i kulturalnie zadzwoniłem dzwonkiem. Chwilę później otworzył mi jej
uśmiech.
- Izzy. – wypowiedziała moje zajebiste imię i przytuliła.
Odwzajemniłem gest, czując się jak za starych, dobrych czasów. Wszedłem do
środka i rozejrzałem się trochę niepewnie. Mieszkanie było skromne, małe, ale
przytulne. – Herbaty, kawy?
- Piwa…? – odpowiedział mi jej śmiech. Taki którego dawno
już nie słyszałem. To było to. Już po chwili siedzieliśmy na kanapie w salonie,
popijając schłodzone piwo i rozmawiając o czym tylko się dało. I wtedy zjawił
się on. Zamarłem z butelką w połowie drogi do ust. Ten dzieciak nie miał dwóch lat. Miał, kurwa, z pięć. To
kiedy ona musiała wpaść? Jeszcze w szkole…?! Przez chwilę poczułem taki
kurewski ucisk w gardle. A jak ten bachor jest Axla…?!
- Kenneth… To jest Izzy. Mój przyjaciel. – młody patrzył na
mnie chwile spode łba i wyciągnął w moją stronę rączkę, którą uścisnąłem. Był
całkiem wysoki jak na takiego gówniarza. Miał dłuższe, upięte w kucyk, ciemne
włosy i brązowe oczy.
- Cześć, mały. – wysiliłem się na uśmiech.
- Sam jestes mały. – mruknął niezbyt
zachęcającym tonem i posyłając mi mordercze spojrzenie, zniknął w
pokoju. Wyglądałem co najmniej jakbym zobaczył ducha.
- Wybacz… - Andy zaśmiała się trochę nerwowo i odgarnęła
sobie włosy z zajebistej twarzyczki.
- Nie ma sprawy. Ma charakterek… poradzi sobie w LA. –
zaśmiałem się tylko cicho i dokończyłem piwo. Chciałem zapytać, kto jest ojcem.
Młody cholernie mi kogoś przypominał, nie mogłem jednak przypomnieć sobie kogo.
Myślałem nad tym, co gdyby faktycznie był dzieciakiem Axla. Nie mam bladego
pojęcia co bym wtedy zrobił. Chyba kurwa, rzucił się z pierdolonego mostu. W
każdym razie nie miałem odwagi żeby ją o to zapytać.
- Słuchaj… masz możliwość zostawienia go z kimś na noc i…
dasz zaprosić się do baru? – warto próbować.
- Właściwie… Mogę zadzwonić po przyjaciółkę… Nie wiem… -
unikała mojego wzroku i zaczęła bawić się włosami, co robiła zawsze kiedy coś
jej się nie podobało i się nad tym zastanawiała.
- Daj spokój… co ci szkodzi… - nie poddawałem się,
zachęcając ją do wyjścia. W końcu uległa mojemu urokowi.
Spotkaliśmy się przed Roxy, piliśmy, miło spędziliśmy
wieczór… Dobra, kurwa, nie tak miło jak oczekiwałem i jak bym chciał, bo grała
wielce niedostępną, a ja nie chciałem popsuć naszych, dopiero co odbudowanych,
kontaktów. Starałem się powstrzymywać więc moje męskie instynkty i po pierwszej
grzecznie odprowadziłem ją do domu.
- Dzięki za wieczór. – uśmiechnęła się promiennie, a ja
automatycznie zaraz po niej.
- Nie ma sprawy. Mam nadzieję że będzie takich więcej. –
bezwiednie położyłem dłonie na jej talii. Nie wiem, samo się tak jakoś zrobiło.
Ale nie protestowała, tylko przytuliła się do mnie niby na pożegnanie. Objąłem
ją, nie mając ochoty wypuszczać. I też tego nie uczyniłem. Zaśmiała się cicho,
ale nie próbowała się wyrwać.
- Tęskniłam za tobą… - wyrzuciła z siebie po chwili. Czułem, że chciała dodać coś jeszcze, ale nie zrobiła tego. Mimo to… i tak zrobiło mi
się tak jakoś… ciepło na sercu.
- Ja za tobą też. – Właściwie… nie skłamałem. Może i często o niej
nie myślałem, ale podświadomie czułem w sobie jakąś taką jebaną pustkę… nie
znam kurwa mniej poetyckiego wyrażenia więc zostanie to. – Mogę u ciebie
zostać…? Proooooosze…. Nie puszczę cie. – nie wiem czemu z tym wypaliłem. Tak,
chciałem ją przelecieć, ale wiedziałem, że nie ma co liczyć na to, że stanie się to jakoś teraz. Odsunęła się i
spojrzała na mnie jak na skończonego idiotę. Właśnie tego się spodziewałem.
- Izzy… - westchnęła. – W sumie… niech stracę. – wzruszyła
ramionami i otwarła nam drzwi. Tego się akurat
nie spodziewałem. Lekko zaskoczony wszedłem do środka i obserwowałem jak
schyla się, żeby zdjąć buty, jednocześnie zapewniając mi zajebisty widok na jej
tyłek.
- Nie mam dla ciebie żadnych ciuchów…
- Mogę nago. – wzruszyłem ramionami. Spojrzała na mnie
wymownie, co uświadomiło mi że był to zły pomysł.
- Poczekaj chwilę. – poszła do pokoju i po chwili
wróciła stamtąd z ręcznikiem i
bokserkami.
- Spie w nich czasem, powinny się nadać. – dała mi rzeczy i
pokazała łazienkę. Tam też się skierowałem. Umyłem się, założyłem te bokserki,
które w gruncie rzeczy byłyby całkiem okay, gdyby nie fakt, że były w różowe
jednorożce. Kto, do chuja, produkuje męskie bokserki w jednorożce?! Wyszedłem z
łazienki, świecąc zajebistością mojej klaty i rozejrzałem się za Andy. Byłem na
tyle inteligentny, że sam wpadłem na to, żeby nie krzyczeć, bo obudzę młodego.
Wtem Andy zaciągnęła mnie do sypialni (brzmi dwuznacznie, wiem) i kurwa wyszła,
więc nie, nie było dzikiego seksu. Przynajmniej na razie. Usłyszałem jak
rozmawia z jakąś dziewczyną, dziękuje jej, a tamta wychodzi.
- Musiałam pożegnać się Tatianą. – wróciła do mnie z
wyjaśnieniami.
- Czemu mnie przed nią ukrywasz? – zapytałem łagodnie i
usiadłem na łóżku, wpatrując się w nią. Wzruszyła ramionami, wyraźnie lekko
zmieszana.
- Nie ukrywam… Poczekaj tutaj, pójdę się umyć i zaraz wrócę.
No i grzecznie
czekałem. Po paru minutach weszła do pokoju, ubrana w obcisłe, dość krótkie
spodenki od piżamy i białą koszulkę na ramiączkach, która miała całkiem
interesujący dekolt. Położyła się obok mnie i zakryła swoje zajebiste ciało
kołdrą, co nakazało mi powstrzymać jęk zawodu. Położyłem się na boku i oparłem
na łokciu, obserwując ją.
- Czemu tak na mnie patrzysz…? – uśmiechnęła się lekko.
- A czemu nie…? Po prostu zastanawiam się jak możesz być
jeszcze piękniejsza niż wtedy… - od tej romantycznej strony mnie jeszcze nie
znaliście, co? Przyznam, że ja siebie też. Nie wiem dlaczego rzuciłem takim
tandetnym tekstem.
- Izzy… proszę cię. – uśmiech zszedł jej z twarzy i
odwróciła się do mnie plecami. Wpatrywałem się w nią chwilę, zbity z tropu.
- Ale… co?
- Przestań. Nie dam ci dupy po paru komplementach, wybacz
jeśli się zawiodłeś…
Zawiodłem się. Nie powiem, że nie. Ugryzłem się też w język,
chcąc jej powiedzieć, że ostatnim razem obyło się nawet bez komplementów.
- Mogę się chociaż przytulić…?
Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi. Przygarnąłem więc
ja do siebie i musnąłem ustami jej szyję. Wtuliłem twarz w jej włosy i tak
właśnie zasnęliśmy. Było… o wiele lepiej niż z dziwkami. Cholernie przyjemne
było też uczucie posiadanie blisko kogoś, na kim ci zależy.
21 czerwca 2013
Episode Five
We wrześniu, albo w październiku Axl opuścił Rapidfire i w
trójkę zaczęliśmy w końcu poważną współpracę. Oczywiście należałoby dodać że
parę miesięcy wcześniej zostaliśmy wyjebani z mieszkania Axla dziewczyny.
Mieszkaliśmy teraz na ulicy, jak prawdziwe żule. Czasem spaliśmy u jakichś
lasek, z którymi się tej nocy pieprzyliśmy, czasem spędzaliśmy noc u Chrisa,
czasem u jakichś znajomych, a innym razem po prostu pod mostem. Jednak graliśmy
dalej, pisaliśmy piosenki, nie poddawaliśmy się. Codziennie walczyliśmy o
przetrwanie. Czasem kradliśmy jedzenie, innym razem żebraliśmy… Na początku 83’
wyjebali mnie z roboty, wiec zainteresowałem się czymś, o co było łatwo, na co był popyt i co było w modzie, czyli przynosiło zyski. Narkotyki. Kumpel
pomógł mi się w to wdrążyć i zacząłem handlować. Na początku nie szło mi zbyt
dobrze. Byłem początkujący, sam też ćpałem, a nowicjuszom nigdy nie dawali tyle
działek do rozprowadzania co normalnym dilerom. Na sześć woreczków które
dostałem, udało mi się sprzedać może cztery, a pozostałe przejebać na własne korzyści. Narobiłem
sobie wtedy od chuja długów. Pamiętam, że Axl mi wtedy pomógł. On nie ćpał, nigdy nawet
nie chciał próbować heroiny. Zawsze powtarzał, że jest ponad to, że prędzej
zostanie pedałem niż będzie dawał sobie w żyłę i temu podobne bajki. Jemu lepiej szło handlowanie,
podczas kiedy ja pogrążałem się stopniowo w nałogu. Z czasem zacząłem sobie
też z tym radzić. Potrafiłem sprzedać te jebane dziesieć gram jakie dostałem, a
potem z pieniędzy jakie mi się należały kupić zapasy dla siebie. Wciągnąłem
się w ten biznes i później jeszcze długo w tym siedziałem. Wszystko ma jednak
swoje dobre strony. Zarabiałem, więc mieliśmy przynajmniej za co żyć. Co prawda
nadal były to jeszcze marne pieniądze, jak na dilerkę, ale zawsze było to coś. Po
półtora miesiąca mieszkania na ulicy Chris stwierdził w końcu wspaniałomyślnie, że możemy zostać u niego na stałe. Znowu mieliśmy dach nad głową i próby na
miejscu. To było zajebiste. Nagrywaliśmy się na magnetofonie Webbera, pisaliśmy
razem piosenki, będąc tak zajebani, że nie odróżnialiśmy długopisu od kartki. Czasem
nawet udało nam się dać koncert w jakimś podrzędnym klubie. Mijały
kolejne miesiące, wszystko niby szło do przodu, ale jednak ciągle stało w
miejscu.
- Potrzebujemy jakiegoś demo. I pełnego zespołu. W ten
sposób to nie ma sensu. Odpierdalamy jakieś gówno tylko żeby się zabawić. W ten
sposób nigdy nie utrzymamy się z muzyki.
Stwierdziłem inteligentnie w dzień świąt bożego narodzenia,
leżąc naćpany na podłodze w sypialni którą dzieliłem z Rosem, w domu
Chrisa. I moja uwaga, którą można tu
potraktować jako życzenie ogarnięcia się w końcu, spełniło się. W styczniu
nowego roku, dzięki tacie Chrisa nagrywaliśmy już nasze pierwsze pięć piosenek
razem ze znalezionym przez ogłoszenie perkusistą. Nazwaliśmy się Hollywood
Rose.
Potem wszystko działo się dość szybko. Graliśmy koncerty, jeżdżąc
po całym Hollywood i starając się rozsławić. Cały czas mieszkaliśmy z Axlem u
Chrisa. Ten pierwszy, pewnego dnia, kiedy już dawno nic się nie zjebało, doszedł do wniosku, że tak przecież być nie może i nagle stwierdził, że coś mu się nie podoba i odchodzi z
zespołu. Nieźle się wtedy wszyscy wystraszyliśmy. Kurwa. Wszystko było już
zaplanowane, byliśmy w połowie naszej amatorskiej trasy, a jemu nagle coś
odwala. Wrócił jednak do nas jeszcze tego samego dnia. Zmieniliśmy wtedy nazwę na Rose, żeby dopieścić pierdolone ego rudej znajdy. Ojciec Chrisa porobił
nam zdjęcia, pomógł też stworzyć ulotki. Naprawdę ruszyło do przodu. Graliśmy
już w takich klubach jak The Troubadour czy Roxy. Czuliśmy, że to jest naprawdę
to. Z dnia na dzień było coraz lepiej.
Potem nagle wszystko ustało. Przestaliśmy tak często się
spotykać, szczególnie z Jasonem, perkusistą który mieszkał spory kawałek od
nas, a Chris… Chris coraz bardziej zrzędził, starając się pozbyć nas z domu.
Potrzebowałem forsy. Wtedy też jak z nieba spadła mi jebana pozycja rytmicznego
w całkiem znanym już na Hollywood zespole London. Nie odpowiadał mi za bardzo
ich styl, ale liczyło się teraz to, że oni grają płatne koncerty. Axl wskoczył
wtedy do L.A Guns. Tracii w końcu dopiął swego. Nie chcieliśmy się jednak z
Axlem separować, nadal staraliśmy się ze sobą współpracować, grać.
Przez kolejne lata nadal graliśmy osobno w jakichś zespołach, mieliśmy też
wspólny, gdzie skład zmieniał się częściej niż miejsca pracy Axla. W końcu gdzieś
na początku 85’ , albo w połowie , Axl
skończył współpracę z Tracii’m, a ja zrezygnowałem z London. Akurat w tym
czasie mieszkałem z Axlem i Jackiem w jakimś gównianym mieszkaniu przy Sunset,
które wynajmowaliśmy. Nie było tam zbyt ciekawie, ale mieliśmy gdzie się
podziać. Tej nocy wyjąłem z szafy swój ulubiony płaszcz w panterkę, który
przyciągał laski jak magnes i wyszedłem na ulicę, z zamiarem dotarcia do
Rainbow i napierdolenia się w samotności. Tak też uczyniłem. Nigdy bym nie
pomyślał, że ta noc tyle wniesie do mojego dotychczasowego żywota.
Siedziałem przy barze, sącząc najtańsze wino, kiedy
usłyszałem zza baru kobiecy głos.
- Jeff…? – skrzywiłem się lekko słysząc to i zacząłem szukać
wzrokiem osoby której mam obić ryj za niewłaściwe nazwanie mnie. Moje
spojrzenie zatrzymało się na dekolcie barmanki, potem powędrowało wyżej, na
usta. Znowu na dekolt, a potem wróciło do góry, na oczy. Duże, jasno błękitne
oczy, które wpatrywały się we mnie z niemałym zdziwieniem. Przez chwilę ciężko
było mi skojarzyć fakty. Wpatrywałem się dobrych parę minut w moją dawną
miłość.
- Andy. – tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić.
- Minęło sporo czasu… Mam nadzieję że udało ci się spełnić
marzenia. – uśmiechnęła się, jednak nie był to normalny uśmiech. Pamiętam jak
się uśmiechała, pamiętam doskonale. Kiedy to robiła, nie można było samemu
przez parę sekund nie poczuć radości. Teraz, gdy zobaczyłem TEN uśmiech, szczerze
mówiąc miałem ochotę wypić kolejny kieliszek, żeby nie poryczeć się jak małe
dziecko. Patrzyła na mnie ze smutkiem i żalem. I miała do tego kurwa pełne
prawo. Skrzywdziłem ją. Teraz, jak sobie to wszystko przypomnę, to jednak żałuję
że w ten sposób to rozegrałem. Byłem tylko głupim gówniarzem, który myślał, że
może wszystko i zbyt często unosił się honorem. Nie wiem, jak mogłem zrobić jej
coś takiego.
Więcej nie zamieniliśmy słowa. Przez najbliższe godziny
przynajmniej. Ona podawała alkohol, a ja
siedziałem przy barze z pustą szklanką, wpatrując się w nią. Byłem w szoku i dalej nie dowierzałem w to, że właśnie ją spotkałem. Jakoś do mnie to wszystko nie docierało. Przed trzecią
zamykali. Na to czekałem. Wyszedłem z klubu, poszedłem na tyły i czekałem aż ją
zobaczę. I w końcu wyszła. Zmieniła się przez ten czas. Stała się kobietą,
cholernie seksowną kobietą, którą szczerze mówiąc miałem ochotę tu i teraz
przelecieć. Powstrzymałem jednak instynkty i uśmiechnąłem się tylko lekko.
- Pomyślałem, że może… cię odprowadzę. – zaproponowałem z
niewinnym uśmiechem. A przynajmniej starałem się żeby wyglądał niewinnie.
- Skoro chcesz. – i znowu uśmiechnęła się w ten sposób jak
przy barze.
- Co tu w ogóle robisz…? Kiedy przyjechałaś?
- Wyprowadziłam się. Jakieś… dwa lata temu. – patrzyła w
ziemię.
- Czemu…? I dlaczego cię nie widziałem…? – zasypywałem ją
pytaniami, a miałem ich teraz w głowie miliony.
- Pracę w Rainbow dostałam dopiero jakiś tydzień temu. A
wyprowadziłam się, bo… - urwała na chwilę i zmieszała się. – Skończyłam
dwadzieścia jeden, ojciec delikatnie dał mi do zrozumienia, że nie ma zamiaru
dłużej mnie utrzymywać.
- Ale… - myślałem przez dłuższą chwilę, starając się
przetrawić to co usłyszałem. – Ale… dwadzieścia jeden skończyłaś jakiś rok
temu, a mówiłaś że wyprowadziłaś się dwa…
- Przesłyszałeś się. – przerwała mi dość ostrym tonem. –
Dobra, tutaj mieszkam.
Zaczęła otwierać drzwi, a ja stałem za nią, święcie
przekonany że zaprosi mnie do środka i zaraz będę ją rozbierał. Tak się jednak
nie stało.
- To cześć. – uśmiechnęła się i weszła do środka, ale ja
stałem dalej.
- To… tyle…? – spojrzałem na nią zaskoczony. Spojrzała w
głąb mieszkania, a potem na mnie.
- Nie zaproszę cię. Wybacz, ale jestem już zmęczona. I… nie
chcę żeby Kenneth się obudził.
- Kenneth…? – mój głos zabrzmiał tak, jakby został właśnie pozbawiony wszelkiego wyrazu. – Twój facet…? – zmieszała się lekko. Patrzyłem
na nią, jakby chcąc spojrzeniem wywiercić w niej dziurę. Czekałem. Czekałem na
pierdolony cios, który nawet nie wiem czemu wydawał mi się ciosem. Przecież nic
do niej nie czułem. Nie chciałem niczego
więcej niż seksu. Ma faceta? Trudno, przelecę inną. Mimo to… czułem dziwne
napięciem, kiedy tak czekałem na odpowiedź. Odpowiedź, która miała pierdolnąć
mnie jeszcze bardziej niż ta o facecie.
- Nie… mój syn.
Do zobaczenia. „Do
zobaczenia”. Z tymi słowami, zostawiła mnie wrytego w ziemię, stojącego przed
drzwiami do jej mieszkania. Syn?! Od kiedy ona ma syna? Ile może mieć lat? Rok,
dwa lata…? Zastanawiałem się z kim wpadła. Z kim się puściła, skoro nie ma
faceta, a ma dziecko. Znowu poczułem jak wzbiera we mnie złość na jej osobę.
- Dziwka. – mruknąłem do siebie i nacisnąłem na klamkę, żeby
po chwili znaleźć się w prawie własnym mieszkaniu. Jack spał zajebany pod
stołem, a po Axlu nie było nigdzie śladu. Pewnie jest u jakiejś panienki. Byłem
tak nabuzowany, że nie wiedziałem co z sobą zrobić. Poszedłem więc do sypialni
i zacząłem szykować sobie działkę, która później pomogła mi ukoić nerwy i
zasnąć.
Przed południem obudziły mnie standardowo odgłosy rzygania i
przekleństwa. Pewnie Jack się obudził. Zwlokłem się leniwie z łóżka i
powędrowałem do kuchni, żeby wypić śniadanie. Usiadłem na kanapie, w miejscu
gdzie wydawało mi się że rzygi jeszcze jej nie dosięgły, otworzyłem piwo i włączyłem
telewizor. Tak… Szkoda, że zapomniałem o tym, że telewizor ten stał się ofiarą
jednego z licznych napadów Axla i trochę przestał działać. Popijałem więc piwo
w spokoju i ciszy, mieszanej z dźwiękami wydawanymi przez Jacka w kiblu. Rutynę tego poranka przerwał mój najlepszy przyjaciel, którego nienawidzę
tak mocno, że aż darzę platoniczną miłością.
Już chciał usiąść obok mnie, ale byłem tak łaskaw, że udzieliłem mu
ostrzeżenia.
- Rzygi.
Axl wydał z siebie coś co przypominało dźwięk wydawany przez płeć żeńską kiedy zobaczą na przykład rozjechanego kota. Usiadł na fotelu obok.
- Zgadnij gdzie wczoraj byłem.
- Pieprzyłeś jakaś cycatą blondynkę.
- No… ale wcześniej.
- Nie mam jebanego pojęcia. – westchnąłem cicho i dopiłem
piwo, odkładając butelkę na stół, posklejany taśmą. Ważne, że stał.
- U Chrisa. Jego dziadek pierdolnął w kalendarz, a młody
dostał chatę. Pierdolony szczęściarz. – położył nogi na stół i w tym samym
momencie dał się słyszeć głośny huk, oznajmiający koniec żywota drewnianego
mebla. Stwierdziłem, że pozostawię to bez komentarza.
- Świetnie. I co w związku z tym?
- No więc, stwierdziliśmy z młodym, że czemu by nie zacząć
od nowa. Tylko nasza czwórka. Wskrzesimy Rose.
- O kurwa… Nie graliśmy razem od w chuj dawna. Co z
Jasonem…? On w ogóle jeszcze żyje?
- No chyba. Przedzwonię do niego później, ugadamy się. A
wiesz co jest najlepsze? – wyszczerzył się jak mały, rozentuzjazmowany
bachorek. – Mam namiary na dobrą menagerkę. Swoją drogą podobno niezła z niej laska. Pójdziemy do niej dzisiaj, zaniesiemy jakieś dema, stary, mówię ci. To
będzie to. W końcu coś poważnego.
Przez chwilę milczałem, przetrawiając to co usłyszałem od
Axla. Nie zastanawiałem się ani chwili czy pomysł jest dobry czy też nie, czy
warto zaczekać z decyzją… Kurwa, w końcu coś się rusza, w dodatku jest szansa
że w końcu uda nam się stworzyć NASZ zespół.
- Axl, mówię to z ogromnym bólem serca, ale jesteś
zajebisty.
- Stary, twoje serce jest już tak przećpane, że raczej nic nie
czuje. – po tej jakże trafnej uwadze zjawił się nasz ukochany współlokator,
Jack.
- Kuurwa… Mówię wam, ja pierdole… więcej nie pije.
Po tych słowach zabrał piwo z lodówki i zniknął w pokoju.
#
- Co jest? Jakiś bez humoru dzisiaj jesteś. – usłyszałem od
Axla kiedy szliśmy do niejakiej Vicky, która miała pomóc nam w organizacji
koncertów.
- Zdaje ci się… - wzruszyłem tylko ramionami i odpaliłem
sobie papierosa.
- Widzę, kurwa. Mnie nie oszukasz. Jestem niczym modliszka.
- Co ma modliszka do… Whatever. – westchnąłem cicho
stwierdzając że lepiej nie zagłębiać tajników logiki Axla, tym bardziej, że gapił się na mnie jakby był gejem,. – Widziałem wczoraj
Andree.
- Jaką Andree? – spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tą z Lafayette, idioto.
- Aaa, tą co dała mi dupy na ognichu? Kurwa, a gdzie?
Mieszka tu? W sumie przeleciałbym ją jeszcze raz, była całkiem, całkiem. Może się wyrobiła po takim… - przerwał, otrzymując cios w potylicę. - Kurwa!
- Wybacz. Odruch. – nie mogłem się oprzeć i nie pierdolnąć
go w ten pojebany, pozbawiony taktu łeb. Opowiedziałem mu jeszcze o tym o czym
z nią rozmawiałem i o tym, że ma dziecko. Jakoś specjalnie się tym nie przejął,
a już na pewno nie tak jak ja.
Vicky okazała się całkiem spoko babką. Na początku była dość
sceptycznie nastawiona, ale dar perswazji Axla szybko ją ośmielił i jestem
pewien, że nas pokochała. Zgodziła się na współpracę z nami i byliśmy w siódmym
niebie. Jeszcze tego dnia, a raczej wieczoru poszliśmy to oblać. Nie widziałem
Andy za barem, ani nigdzie indziej. Szczerze mówiąc to później dość długi czas
jej nie widziałem. Życie toczyło się dalej, nasza kariera nabierała
rozmiarów, ale potem oczywiście coś musiało się spierdolić. Chris nagle dostał objawienia, stwierdził, że marnuje
się z nami, że jak tak dalej pójdzie to skończy zaćpany w kiblu i takie tam, no
i zostawił nas. Jakiś miesiąc przed zaplanowanym w sylwestra koncercie.
Pamiętam, że to miało być coś wielkiego, poza nami grały jeszcze trzy zespoły,
ludzi miała być masa. To mogła być nasza szansa na kontrakt. Axl nieźle się
wtedy wkurwił. Rozjebał całe mieszkanie, dzięki czemu znowu skończyliśmy na
ulicy i to w jebany, deszczowy listopad. Jasonowi udało się jednak przekonać go
żeby zagrał z nami ostatni raz, bo nie dało rady nikogo znaleźć. Potem jednak
znowu się u nas zadomowił. Z tym, że było już za późno, bo zrobił sobie z Axla-Największego-Hipokryty-Na-Skalę-Światową wroga, tym nagłym opuszczeniem zespołu. Za moimi plecami oczywiście Rose wyjebał
młodego z zespołu i pewnego dnia, kiedy spokojnie pojawiłem się na próbie z
papierosem w ustach, moim oczom ukazał się człowiek bez twarzy. Widziałem go już
wcześniej parę razy. Mijaliśmy się na Strip, często bywał na parkingu przy
Rainbow, pracował jakiś czas w Tower Records. W dodatku parę miesięcy po poznaniu
Chrisa przesłuchiwaliśmy go. Nie powiem że nie, chłopak grał zajebiście, jakby
był jakimś pieprzonym profesjonalistą. Rudemu jednak niezbyt odpowiadał jego
styl bycia, dlatego stwierdził, że zostaniemy przy Webberze. No i Webber miał
ojca z kasą. Tak czy inaczej wkurwiłem się na Axla, że postawił mnie przed
faktem dokonanym. Nawet nie przywitałem się z nowym gitarzystą, odwaliłem tylko
swoje i udałem się do jakiegoś klubu.
Przez jakiś czas szukałem mieszkania. Graliśmy już za forsę, z dilerki miałem
coraz większe dochody, więc stwierdziłem, że warto byłoby rozejrzeć się za
jakimiś czterema ścianami. Był to idealny czas żeby nająć coś małego, między
innymi z tego powodu, że Axl zadomowił się u kudłatego przyjaciela i nowe lokum
nie zostałoby rozpierdolone na wejściu.
No i mijały kolejne miesiące nowego roku. Slash nie wyrabiał. Nie potrafił się
przystosować, nie potrafił współpracować z Axlem. Niby nigdy nie urządzał
awantur, ale wkurwiało go olewanie przez Rose’a prób, spóźnianie się na nie, po
prostu jego popierdolony stosunek do wszystkiego. Nie ukrywam, że i mnie to irytowało, ale znałem
go już taki szmat czasu, że wiedziałem, że mimo wszystko jest kompetentny i na
swój sposób… odpowiedzialny. Ta, domyślam się, że brzmi to irracjonalnie, ale
serio. Axl nie jest taki zły… No i nie
owijając w bawełnę, straciliśmy gitarzystę. Kiedy tylko dowiedział się o tym
Tracii, znowu zaproponował nam współpracę. Chciał wcisnąć się na miejsce
Hudsona, żeby z nami grać. Powitaliśmy go nawet z niejakim entuzjazmem, bo grał
przecież nie najgorzej. Na perkusji w
dalszym ciągu grał Jason, a na bas zgarnęliśmy niejakiego Matta. W ten oto
sposób, udało nam się stworzyć pięcioosobowy skład, zawierający nie najgorszych
muzyków. Po długich rozmyślaniach stwierdziliśmy że zamiast wymyślać
niestworzone nazwy, skrzyżujemy po prostu L.A Guns z Hollywood Rose. I tak
jakoś wyszło Guns N’ Roses.
Graliśmy tak jakiś czas, ale mieliśmy z Axlem wrażenie, że
nikt prócz nas nie traktuje tego poważnie. Nie czuje tego, tak jak my. Tracii nadal działał w swoim zespole,
Jason… Jason nie ogarniał jak zwykle, często zresztą nie zjawiał się na próbach, bo miał do nas spory kawałek drogi, a Matt kompletnie nas olał. Zaczęliśmy więc
szukać nowego basisty, i wtedy jak z nieba spadł, a raczej wpadł na mnie
dwumetrowy punk. Wychodziłem właśnie z domu, kiedy zderzyłem się z tym
osobnikiem. Jakąś jedną czwartą ode mnie wyższy (choć nie wiem, może jedną
trzecią? W sumie za dobry z matmy nie jestem) , z rozpierdolonymi, kolorowymi
włosami i w czarno czerwonym płaszczu którym się wszyscy jarali. I tak uważam,
że moja panterka jest seksowniejsza. W każdym razie po wiązance przekleństw
zaczęliśmy rozmawiać, poszliśmy na piwo, potem okazało się, że Duff, bo tak
kazał na siebie mówić, zmierzał właśnie do mnie z ogłoszeniem z gazety w sprawie
basisty. Stwierdziłem, że jest to znak z góry i czym prędzej zabrałem go do
Axla, Tracii’ego i Jasona. Zagraliśmy, stwierdziliśmy, że to jest to i
wyjebaliśmy Matta na zbity pysk. Pamiętam, że tamten dzień był jednym z
przyjemniejszych. Duff wiele wniósł do naszego zespołu. Spędzaliśmy razem dużo
czasu we dwóch, pisząc piosenki i komponując. Mieszkaliśmy blisko siebie, co
tylko sprzyjało naszym częstym spotkaniom. Zżyliśmy się ze sobą, tak, że w
pewnym momencie był mi już niemal tak bliski jak Axl. Z tym, że nie mam
cholernego pojęcia dlaczego, ale w towarzystwie Duffa jakoś nie czułem tak
mocnej, wewnętrznej potrzeby poniżania go i docinania, tak jak zawsze robiłem
to rudemu. To pewnie za sprawą ich aury zewnętrznej, wewnętrznej… Whatever,
chyba najwyższa pora ograniczyć oglądanie wróżbitów po nocach. Graliśmy ze sobą
już dobre parę miesięcy, wszystko nawet się układało. Nie zanosiło się na nagły
rozpad zespołu, ale również na nagły
skok w naszej karierze. Duffa powoli zaczęło to irytować. Pamiętam, że skurwiel
nie raz nawijał mi o tym, że jeszcze jedna próba na której nie będzie pełnego
składu, albo że jeśli nie zagramy chodź jednego koncertu w przeciągu kolejnego
tygodnia, odejdzie. Nigdy się to jednak nie wydarzyło, zawsze dawał nam kolejną
szansę z powodów tylko jemu znanych. Pewnej ciepłej, czerwcowej nocy poszliśmy
razem do Rainbow. Od pamiętnego spotkania z Andy, jeśli już chodziłem się
nachlać, to w pierwszej kolejności właśnie tam. Nie zobaczyłem jej tam jednak
ani razu. Sprzyjało to obniżeniu mojego nastroju, a co za tym szło większą
ilością spożywanego przeze mnie alkoholu. W następstwach Duffowi często
zdarzało się holować mnie do domu, lub jeśli akurat piłem z Axlem albo sam,
budziłem się o świcie na jakiejś ławce.
Tak. Dobroduszność Rose’a nie znała granic, zawsze spierdalał gdzieś z jakąś
laską.
Tej nocy też nigdzie nie było widać Andy. Pierwsze co
zrobiłem to zamówiłem coś najtańszego i najmocniejszego, wychlałem i poszedłem
się naćpać. Wróciłem w całkiem niezłym humorze. Nie miałem bladego pojęcia czy
Duff wie, po chuj co jakiś czas znikam w kiblu, wychodzę z prób, zamykam się w
sypialni kiedy jest u mnie i coś gramy. Nie wnikałem w to, dopóki sam nie
zdecydował się poruszyć tego tematu.
- Słuchaj, Stradlin. Znam takiego jednego gościa… facet zajebiście
gra i wygląda, mówię ci. – tłumaczył mi z zapałem, już lekko wcięty. Nie trzeba
mu było wiele, tylko jakieś dwa i pół litra.
- No i…? – ziewnąłem, przyglądając się osobom pracującym za
barem.
- No i można by go wsadzić za Tracii’ego. Mielibyśmy lepsza
gitarę, byłoby mniej kłótni…
- Stary… - przerwałem mu. – Wiem, że za chuja nie możesz
zdzierżyć Tracii’ego. I on ciebie zresztą tez. – klepnąłem go w ramię. – Mimo
to, nie wiem, czy to dobry pomysł. Gościu jest znany na Sunset, małolaty słyszą
„Tracii Guns” i lecą z piskiem do starych po kasę na bilet, łapiesz?
- No, ale kurwa. On nie jest zespołem, sam w tym momencie
potwierdzasz, że przychodzą zobaczyć jego, a nie nas. – zamyśliłem się na
chwilę. Prawda w sumie…
- Ale widząc jego, widzą też nas. Łapiesz? Logika zaświatów.
- Za dużo wróżbitów po nocach, Stradlin.
- Wiedziałem, kurwa! – walnąłem pięścią w blat i westchnąłem
cierpiętniczo. – Ej, ej ty! Tak, no… no ty. – zaczepiłem jakąś laskę, która
czyściła właśnie szklanki za barem. – Słuchaj… kojarzysz może taką jedną…
Wysoka, czarne włosy, niebieskie oczy. Andrea. Pracuje tu… - zacząłem, ale
przerwał mi tylko jej śmiech. Miała wkurwiający śmiech.
- Już nie. I to od jakiegoś czasu.
Zamówiłem kolejną szklankę taniej whisky i przesunąłem
dłonią po twarzy, łącząc informacje. Nic sensownego jednak nie uzyskałem.
- Kurwa. – mruknąłem tylko inteligentnie.
- Twoja laska? – zapytał mój barwny przyjaciel.
- Nie. Um… koleżanka. – przez chwilę zastanawiałem się jak w
ogóle mogę ja określić. Kolejnych parę minut piliśmy w milczeniu.
- I co… ? – zaczął Duff.
- Co „co” ?
- Co ze Slashem.
- Skąd mam wiedzieć? W chuj dawno go nie widziałem… - czułem,
że zgon jest blisko. McKagan spojrzał na mnie zaskoczony.
- To wy się znacie…?
- Stary, na chuj pytasz mnie co z nim, skoro myślisz, że go
nie znam…? Tobie to utlenianie nie wyszło na dobre, kurwa…
- Pytałem czy będzie z nami grał! – podniósł trochę głos,
poirytowany najwyraźniej moją umiejętnością całkiem szybkiego kojarzenia faktów.
- Aaa…. – zamyśliłem się chwilę. – W sumie… chuj mnie to.
Ego Tracii’ego i tak zaczyna mnie powoli wkurwiać, gadaj o tym z Axlem.
Zebraliśmy się w końcu i po pierwszej postanowiliśmy wrócić
do domu. Byłem tak zachlany, że prawie nie pamiętam drogi powrotnej. Jedyne co
udało mi się zapisać w pamięci, to że Duff gadał o jakiejś trasie i że wpadłem
na jakąś ciemnowłosą laskę, z którą później się obudziłem. Leżała obok mnie,
odkryta, tak jak ją pan bóg stworzył. Nie była taka zła, co oznacza, że wcale
aż tak pijany jeszcze nie byłem. Spojrzałem na jej ogromne, sztuczne cycki.
Tak, definitywnie TO były pierwsze rzeczy jakie rzuciły mi się w jej wyglądzie
w oczy i to one zadecydowały o tym, że się tu znalazła. Wstałem, ubrałem jakieś
gacie i poszedłem do łazienki żeby wziąć prysznic. Kiedy wróciłem, dziewczę
było już ubrane.
- Pójdę już… - westchnęła ziewając i zaczęła się zbierać.
Nie odpowiedziałem jej, tylko poszedłem do kuchni. W lodówce miałem jeszcze
kawałek kilkudniowej pizzy, która posłużyła mi za śniadanie. Po zjedzeniu jej, pierdolnąłem się na kanapę z gitarą w reku i zacząłem grać, kontemplując nad
swoim marnym istnieniem.
26 maja 2013
Episode Four
Hej :) A więc na wstępie chciałam bardzo podziękować tym paru osobom, które to czytają, komentują, zostawiają po sobie jakikolwiek ślad, naprawdę, dużo to dla mnie znaczy i jestem mile zaskoczona, bo właściwie miałam już sobie darować tego bloga, widząc, że nie ma żadnego zainteresowania, a tu taka niespodzianka. Mam nadzieję, że niedługo trochę więcej osób się odezwie, pozdrawiam i życzę miłego czytania :)
*****************************************************
Po dwóch dniach jazdy, przerywanej tylko żeby się odlać lub
zatankować, moja zajebista Impala dotoczyła się do Los Angeles. Palmy przy
ulicach, nakurwiające z nieba słońce, zapierdalający chodnikami ludzie,
wieżowce, ogromne wille… Ja pierdole. Byłem porażony rzeczywistością tego
miasta. Było tak cholernie inaczej niż na zadupiu gdzie mieszkałem. Kierowałem się na Hollywood. Zajęło mi trochę
czasu dotarcie tam z centrum LA. To miasto było kurewsko wielkie, ale w końcu
zatrzymałem się pod jakimś motelem. Było około dwudziestej pierwszej, powoli
zaczynało się ściemniać. Zjadłem coś, opłaciłem pokój i poszedłem się wykąpać.
Jak na motel, było całkiem czysto. Wlazłem do łóżka z zamiarem odespania tych
dwóch dni. Myślałem, że z nadmiaru wrażeń nie będę w stanie zmrużyć oka co
najmniej pół nocy, a nawet nie wiem kiedy kurwa zasnąłem….
Parę dni błąkałem się po Sunset, Santa Monica. Obie te ulice
przemierzyłem wzdłuż i wrzesz i znałem chyba lepiej niż ktokolwiek. Trafiłem w końcu na całkiem interesujący skrawek
Sunset Strip, gdzie znajdowało się parę klubów. Wieczorem to miasto przestawało już
być takie kolorowe i promienne, czy jakkolwiek inaczej mogę to kurwa nazwać.
Jedynymi źródłami światła stawały się tu teraz uliczne lampy, neony klubów i
zapalone papierosy dzieciaków zalewające chodniki i ulice. Największy tłok był
przed klubami. Nieletni, nie mogąc wejść do środka imprezowali na zewnątrz.
Trzeba było uważać żeby przechodząc tamtędy po północy nie oberwać jakąś
szklaną butelką albo czymś podobnym. Policja chyba nawet tam nie zaglądała i
wcale im się nie dziwię. Miałem wrażenie, że to co się tam działo było nie do
ogarnięcia. Ćpuny, dziwki, punki wpychające wszystkim ulotki swoich zespołów,
wszyscy pijani, przewracający się jeden przez drugiego. Czasem jakaś całująca
się para oparta o ścianę jakiegoś budynku. Jedna, wielka impreza! Czułem, że w
końcu znalazłem swój pierdolony raj na ziemi. Szybko poznałem nowych ludzi. Piliśmy
na parkingu przed Rainbow, rozmawialiśmy. To byli Ted, Aaron i Paul. Okazało
się że mieli zespół i poszukują basisty.
- Stary, umiesz grać? – zapytał Aaron, szukając zapalniczki.
- Nawet nie najgorzej. – wzruszyłem ramionami.
- I zajebiście. Jutro gramy koncert w starym magazynie…
I w ten sposób znalazłem się w swoim pierwszym, poważnym
kurwa zespole w Los Angeles. Nie wiedziałem jeszcze na ile „poważnym”, bo ci
goście nie powiedzieli mi nawet w jakim klimacie grają lub mają zamiar grać, nie
powiedzieli jak się nazywają, nie potrzebowali mnie nawet przesłuchać. Przyjęli
mnie ot tak, zadowoleni z tego, że mogę pożyczyć im bębny i że mam własny bas i wzmacniacz. Wróciłem do motelu koło pierwszej i trochę wcięty od razu
zasnąłem.
Następnego dnia, na lekkim kacu załadowałem wszystko do
Impali i podjechałem w umówione miejsce. Graliśmy w jakimś pieprzonym
magazynie, tak jak mówili. Pod sceną było już paru ludzi. Wszedłem na
podwyższenie i zacząłem podpinać wszystko i montować perkusję. Kiedy
skończyłem, wstałem i odwróciłem się, i kurwa mało co nie pierdolnąłem na
zawał. Czemu mój zespół wygląda jak transwestyci na tanich usługach ?! Kurwa,
tapiry, lateks, szminki, obcasy większe
niż nie jedna laska nosi. Musiałem zajebiście wtedy wyglądać. Stojąc tak i gapiąc
się na nich jak na kosmitów. Ci jednak nic sobie z tego nie robiąc popodpinali
się do wzmacniaczy, rzucili w moją stronę nazwą coveru jaki będziemy grać i
zaczęliśmy. Zagraliśmy chyba dwie piosenki, kiedy jacyś skurwysyni zaczęli
buczeć. Podniosłem głowę żeby ogarnąć wzrokiem kto w ogóle jest przed „sceną”.
Widziałem parę łysych głów i irokezów, a potem o mało co nie oberwałem nogą od
krzesła. Kurwa, zaczęli nas obrzucać jakimś gównem! Odwróciłem się za siebie, ale skurwiele już
dawno zmyły się ze sceny. Myślałem, że chuj mnie strzeli. Odłączyłem się szybko
od wzmacniacza, akurat kiedy ktoś zgasił światło. Chwyciłem wzmacniacz i
bas. Perkusji kurwa nie miałem już jak zabrać. No i szlag ją, kurwa, trafił.
Moja zajebista perka… Musiałem ją tam
zostawić i ratować własne, jebane życie. Tym ludziom odjebało, pierwszy raz
kurwa doświadczyłem czegoś takiego. Gdybym nie spierdalał, chuj wie, co by tam
ze mną zrobili. Gdyby jakaś potłuczona flaszka wbiła mi się w jebany łeb, też
pewnie mieliby to w dupie. Wkurwiłem się. Byłem wtedy wkurwiony jak nigdy
wcześniej. Nie dość że zespół mnie wychujał, straciłem perkusję, to jeszcze
cała ta sytuacja jakoś mnie przytłoczyła. Załadowałem to, co mi zostało do
samochodu i wróciłem pod motel.
Mijały kolejne miesiące. Udało mi się znaleźć robotę,
wynająłem mieszkanie. Co prawda nie była to jakieś zajebiste lokum, tylko jeden
duży pokój, łączony z kuchnią i łazienka. Nie miałem jakichś wygórowanych
wymagań, więc w zupełności mi to wystarczało. Nie miałem nawet jeszcze
osiemnastu lat, kurwa, a już się usamodzielniłem. Wyprowadziłem się i kurwa nie
mieszkam pod mostem. To było dla mnie sukcesem. Tak więc grunt, że był dach na
głową, ciepłe łóżko i gdzie dupę umyć.
Kuchnia , to znaczy ani lodówka, ani kuchenka nie zostały przeze mnie ani razu
tknięte. Chociaż nie. W sumie w lodówce browary i wódka leżały zazwyczaj.
Za dnia rozkładałem towar w markecie, a wieczory spędzałem
zazwyczaj na parkingu przy Rainbow, albo w The Troubadour, czy Roxy, kiedy był
tam jakiś koncert i nie sprawdzali ile kto ma lat. W tym czasie grałem w wielu
zespołach, na perkusji, na basie, raz chyba nawet próbowałem na wokalu.
Najdłuższa współpraca trwała chyba dwa tygodnie, o ile się nie mylę. Może
trochę ponad. Raz udało mi się zagrać na dużej scenie w Troubadour, właśnie z
tym zespołem. Grałem wtedy na basie. Kurwa, to było coś. Co prawda nic nam nie
płacili, ale liczyło się to że w ogóle udało nam się pokazać. Po pół roku byłem
już dość rozpoznawalny. Początkujące zespoły same zahaczały mnie z pytaniem,
czy nie chciałbym dołączyć. Jednak w żadnym zespole nie mogłem się jakoś zbyt
dobrze odnaleźć, kurwa, bo wszyscy albo za bardzo kopiowali stare kapele, albo
mieli w dupie muzykę, stawiając przede wszystkim na wizerunek, albo w ogóle
jeszcze co innego. W każdym razie zawsze kończyło się tym, że prędzej czy później odchodziłem z zespołu.
Był szósty kwietnia, niedziela. I to chyba nawet
wielkanocna. Obudziłem się dość wcześnie, a właściwie to obudziło mnie stukanie
kropli deszczu o szybę. Kurwa, łeb bolał mnie niemiłosiernie. Wczoraj byłem z
jakąś laską w klubie, przeleciałem ją, a potem się upiliśmy, albo na odwrót… Nie
zbyt wiele pamiętam. Po jakimś czasie rozmasowywania sobie skroni doszedłem do
wniosku, że nie zostałem obudzony przez deszcz, tylko ktoś dobija się do moich
drzwi. Westchnąłem głośno i zwlokłem się z kanapy dwuosobowej, która służyła mi
za łóżko. Podciągnąłem gacie i ziewając otworzyłem drzwi.
- Ja pierdole. W
końcu! – usłyszałem z ust rudego osobnika, który właśnie uściskał mnie,
całego przy tym mocząc i bez pytania wszedł do środka. Patrzyłem na niego jak
na jebanego ducha.
- Axl. – stwierdziłem zaiste błyskotliwie po jakichś pięciu
minutach odkąd go ujrzałem.
- No brawo. Plus dziesięć do zajebistości za
spostrzegawczość. – zakpił ze mnie i
wyciągnął jakieś piwo z lodówki, otwierając je i wypijając połowę na raz.
Zaśmiałem się cicho.
- Stary… stęskniłem się za tą twoją krzywą mordą. Jak ty żeś
się tu znalazł?
- Kurwa, szukałem cię ponad miesiąc, chuju! – zaśmiał się.
- Wow… - nie mogłem w to uwierzyć. Kurwa, prawie rok nie
miałem z nim kontaktu. Wysłałem mu tylko jebaną, tandetną pocztówkę od razu jak
się tutaj znalazłem. A teraz…? A teraz on nagle kurwa staje w moich drzwiach.
- „wow”…? Tylko tyle
masz mi do powiedzenia? – uniósł brew.
- Zajebiście że jesteś. – znowu się uścisnęliśmy, a potem wziąłem piwo również dla siebie i dłuuugo
rozmawialiśmy.
Dwa dni po jego wielkim przybyciu oblewaliśmy moją
osiemnastkę, a parę dni później Axl oznajmił mi że musi wracać do Indiany.
Powiedział, że przyjedzie znowu za miesiąc, ale nie było go dłuższy czas.
Szczerze mówiąc, nie przejmowałem się tym specjalnie, ważne było to, że wiedział
już jak mnie znaleźć, wiedziałem że da sobie radę. Ja skupiałem się na tym,
żeby w końcu trafić do jakiegoś normalnego zespołu. Przez kolejne dwa lata Axl
zjawiał się w LA i znowu wyjeżdżał. U mnie nic się nie zmieniło, cały czas
włóczyłem się po Sunset, imprezując, obserwując zespoły z kontraktem, starając
się coś zdziałać. Któregoś dnia w robocie, kiedy układałem jebane puszki na
półce, nie wiem jak to zrobiłem, ale skończyło się tym, że wszystkie się na mnie
zjebały. Po wiązance przekleństw z mojej strony usłyszałem cichy śmiech jakiejś
dziewczyny i ofertę pomocy. Spojrzałem wtedy w jej stronę i kiedy moje
spojrzenie spoczęło na jej dekolcie, uznałem, że grzechem byłoby nie skorzystać.
Z jej propozycji pomocy, oczywiście, nie myślcie sobie. Miała na imię Norah, była mulatką, miała zajebistą figurę i była śliczna. I łatwa. Tego samego dnia ją
przeleciałem, ale stwierdziliśmy też, że fajnie byłoby spróbować, bla bla bla, no i
miałem dziewczynę. Nie czułem jednak jakiejś wyjątkowej potrzeby… bycia
wiernym. To znaczy, kiedy tylko nie było jej przy mnie, podrywałem inne laski,
czasem tylko niewinnie się zabawialiśmy, czasem pieprzyliśmy. Byłem z Norah jakieś trzy miesiące. Potem nagle przyszła
do mojego mieszkania zalana łzami, stwierdziła że ją zdradzam, że jej przyjaciółka
widziała, coś tam coś tam i że to koniec.
Wzruszyłem wtedy tylko ramionami i spędziłem kolejny dzień jak każdy inny.
Na koniec 1982 roku Axl z jakąś laską w końcu na stałe
przybył do Los Angeles, a przynajmniej tak mówił. Do Lafayette nie miał już po
co wracać, no chyba że chciał trafić do więzienia. W sumie… jakby nie było,
wiedziałem, że w ten sposób to się skończy. Mieszkał z tą swoją Giną, całkiem
pokaźny kawałek drogi ode mnie. Jego przyjazd szczególnie dużo w mojej codziennej rutynie, o ile można to tak
nazwać, nie zmienił. Tyle tylko, że zawsze było z kim pić i czasem kiedy kłócił się ze swoją laską
spędzał noc u mnie. Często jednak noce spędzałem w towarzystwie nowo poznanych
kobiet, więc częściej włóczył się po ulicach czy klubach. Jasne, wychodziliśmy
razem, ja piłem z kumplami, a on stał przed klubem lub na parkingu Rainbow i
obserwował przechodzących lub znajdujących się tam ludzi. Nie starałem się go na siłę wciągnąć do towarzystwa,
wiedziałem, że gdyby chciał, to sam znakomicie dałby sobie radę. Często tak to
wyglądało. Ja szukam przydatnych kontaktów, a on stoi gdzieś z boku, sam.
Niektórzy też unikali go albo wyśmiewali to jak wygląda. Szczerze, przez to też
niekoniecznie zależało mi na tym, żeby pokazywać, że go znam. Miałem już
wyrobioną reputację, ludzie wiedzieli że dobrze gram, zajebiście wyglądam, że potrafiłbym
zorganizować to i owo dla zespołu. Axl był nowy.
Był styczeń. Rose w końcu rozstał się ze swoją laską, która
wyprowadziła się właściwie z własnego mieszkania, a ja zająłem jej miejsce. Mogliśmy
się z Axlem skupić na jako takiej współpracy. Zacząłem uczyć się grać na gitarze, łatwiej nam wtedy było komponować. Chcieliśmy założyć zespół, który
wstępnie miał nazywać się Rose. Tak, zgadnijcie kto był pomysłodawcą. Z tym, że
mieliśmy początkującego gitarzystę i wokalistę. Brakowało jeszcze perkusji i basu, a wszyscy
muzycy jakich tu znałem nie bardzo chcieli grać z Billem. Czepiali się jego
stylu, nie chcieli go nawet sprawdzać. Tak więc plan legł w gruzach. Graliśmy
dalej, nadal mieliśmy nadzieję, wystawialiśmy ogłoszenie. Gdzieś w lutym Axl
dostał się do Rapidfire. W tym czasie też przefarbowałem włosy na
zajebistą, granatową czerń. Pamiętam, że kiedy to robiłem, chyba pierwszy raz
od bardzo dawna pomyślałem o Andy… Przypomniało mi się jak zawsze bawiłem się
jej włosami, podziwiając ich kolor. A wracając do Rudego… W końcu miał szanse
zabłysnąć. Podglądając mnie zaczął wyrabiać sobie normalny styl, przede
wszystkim zaczął się też przystosowywać. Po jakimś czasie zagrał z zespołem
pierwszy koncert. Kurwa, co to było! Wszyscy moi znajomi w jednej chwili zaczęli
żałować, że jednak nie spróbowali gry z nami, z nim .
- I jak? – usłyszałem głos Axla z kuchni, kiedy akurat
wszedłem do mieszkania.
- Gadałem z Tracii’m. Nie ma szans, nie będzie z nami grał,
ale podrzucił mi jakiegoś gościa. Gitarzysta.
- Gitarzysta…? Na chuj nam gitarzysta, jak jesteś ty?
- Dzieciak na pewno gra lepiej ode mnie, wiesz że dopiero
wchodzę na elektryka i nie mam zajebistego talentu do skomplikowanych solówek.
Mogę grać w tle, albo na basie. – Rose zamyślił się chwilę, a ja stałem z
obojętnym wyrazem twarzy opierając się o szafę. Tak, nadal snuliśmy plany
własnego zespołu, choć Rose w jednym już był. W niczym nam to nie
przeszkadzało.
- Kiedy ma wpaść?
- Jutro.
Przez jakiś czas później jeszcze wymienialiśmy się
wrażeniami z dnia, potem planowaliśmy co będziemy robić wieczorem.
- Wpadłem dziś na takiego zjeba, że sobie nie wyobrażasz.
Sprawdzałem ogłoszenia w Tower Records, a on tam chyba pracuje.
- Czemu sądzisz, że to zjeb? – zapytałem rudego przyjaciela,
odpalając sobie papierosa.
- Taka ciota. Po
prostu widać. Zachowywał się jakby miał w chuj za wysokie mniemanie o sobie, a
jednocześnie jakby miał ochotę spierdolić za ladę, za którą ogląda pornole,
kiedy na niego spojrzałem. – zaśmiałem się cicho, słuchając opisu. Przeglądałem
właśnie jakieś ogłoszenie muzyczne.
- Jak wyglądał?
- Taki, kurwa… ciemny... kudłaty…
Następnego dnia spotkałem się z Chrisem, bo tak miał na imię
nasz nowy gitarzysta i zaprowadziłem go do mieszkania które dzieliłem z Axlem.
Chwilę gadaliśmy, potem zaczęliśmy grać. Nie było źle. Webber był pod wrażeniem
wokalu Axla, który z kolei pomimo jego dobrej gry miał do niego sceptyczne
nastawienie, między innymi dlatego, że był aż cztery lata od nas młodszy. Koniec
końców, przekonali się do siebie, a znajomość z blondynem wyszła nam bardzo na
dobre, bo miał wielką chatę, bogatą rodzinę i całkiem niezłą technologię w domu.
Gdzieś w międzyczasie nadszedł dzień moich dwudziestych
pierwszych urodzin. Wystroiliśmy się razem z Axlem i ruszyliśmy na podbój
Strip. Kurwa, jakie to było zajebiste uczucie, nie musieć już stać przed klubem
tylko legalnie wpierdolić się do środka. Niezapomniana noc.
12 maja 2013
Episode Three
Parę namiotów, ognisko, od chuja ludzi. Wszystko umiejscowione
na pewnej polance przy lesie. Tutaj zawsze były najlepsze imprezy, a teraz zebrało
się naprawdę sporo ludzi. Wreszcie koniec z budą, przynajmniej na dwa miesiące.
Usiadłem na wielkim, przewróconym pniu i odpaliłem sobie papierosa. Nadal byłem
wkurwiony, a raczej… Smutny…? Nie wiem czy można to tak nazwać… Westchnąłem
cicho, a po paru sekundach usiadł obok mnie Axl.
- Pogadaj z nią dzisiaj. Przeproś, że nawrzeszczałeś.
Wyjaśnij sytuację. Powiedz jej, co czujesz….
- I na chuj to, skoro ona woli ciebie?! Nie od dziś jej się
podobasz, rozumiesz? – opierdoliłem go, przy okazji podniesionym głosem
zwracając na siebie uwagę paru
osób. Wstałem i poszedłem się
przejść. Błąkałem się dobrych kilkanaście minut po ścieżce, a raczej łaziłem w
tą i z powrotem, i po pięciu fajkach stwierdziłem, że się dzisiaj najebię.
Wokół ogniska były poustawiane kołki z drewna, na których niektórzy siedzieli i
piekli kiełbaski. Przechodząc obok jakiejś grupki poczułem, że palą coś więcej
niż fajki. Usiadłem w końcu na kocu obok skrzynki taniego wina. Otworzyłem
jedno i od razu opróżniłem połowę. I zauważyłem Andy. Stała obok ogniska, parę metrów ode mnie.
Gadała z jakąś dziewczyną, śmiały się z czegoś. Jakiś koleś przyszedł i objął
blondynkę, z którą gadała. Może poczuła, jak ją obserwuję…? Odwróciła się w
każdym razie w moją stronę i tym samym z twarzy zszedł jej uśmiech. Zacząłem
czuć coś jakby… wyrzuty sumienia. I kurewski smutek, przygnębienie… tak, teraz
byłem tego pewien. Miałem ochotę skulić się tu gdzie siedziałem i przeczekać
tak resztę pieprzonego życia. Zamiast tego jednak trzymałem tylko to pieprzone
wino w ręce i patrzyłem na nią, jak na
jakiś okaz w zoo. Wyraz jej twarzy nie był zbyt przyjazny, to trzeba
przyznać. W końcu odwróciła się i gdzieś poszła. A ja dalej trzymałem to wino.
Parę siarczanów później, było już po pierwszej. Niektórzy
się zmyli, a ci, co tu nocowali albo
zgonowali już w namiotach, albo się pieprzyli, albo pili dalej. Ja siedziałem
na tym pniu co wcześniej, cały wieczór nie zaszczycając nikogo ani słowem.
Najebałem się, tak jak zamierzałem. Ale wcale nie było fajnie. Miałem kurewską
ochotę wrócić do domu, tylko że nigdzie nie było widać Rose’a. W końcu
stwierdziłem, że pierdolę to i wstałem z zamiarem powrotu. Lawirowałem między
kocami, krzesłami i namiotami.
- Może… nie… nie teraz…? Nie wiem… - usłyszałem cichy,
przerywany szept gdzieś za sobą. Bardzo znajomy.
- Cii…. Zaufaj mi, kotku. Nie pożałujesz.
Axl właśnie namawia Andree, żeby wskoczyła do namiotu, gdzie
ją przeleci. Kiedy mój mózg przetwarzał w kółko właśnie to jedno zdanie,
usłyszałem tylko cichy chichot i dźwięk zasuwania zamku w namiocie. Było
ciemno, niczego nie widziałem. Za to czułem tak kurewskie wkurwienie, że byłem
gotów rozpierdolić wszystkie te namioty żeby tylko dorwać Rose’a i powyrywać mu
nogi z dupy. Zajebisty kumpel. Naprawdę! Kurwa, miał mi pomóc ją zdobyć, miał
jej pokazać że nie jest zainteresowany, a on wykorzystał to wszystko po to żeby
ją przelecieć! Chciałem krzyczeć, ale zamiast tego pierdolnąłem tylko butelką
po winie w jakieś kamienie, gdzie się rozbiła. Parę dziewczyn pisnęło ze
strachu, a faceci zaczęli coś kląć, ale miałem na to serdecznie wyjebane.
Poszedłem prosto do domu. Chyba nawet biegłem. Wparowałem do korytarza, nie
zwracając uwagi na to że wszyscy śpią. Zataczając się jebnąłem buty gdzieś pod
ścianę i zacząłem toczyć się w stronę schodów.
- Jeffrey? – usłyszałem głos matki. – Wiesz, która godzina?
Gdzieś ty był?! Miałeś przyjść o północy, a jest przed trzecią! …Czy ty jesteś
pijany?! – zapytała kiedy prawie zjebałem się ze schodów. – Jeffrey!
- Kurwa, parę godzin w tą czy w tamtą, kobieto, daj żyć! –
podniosłem głos.
- Nie takim tonem! –
usiadłem na schodach, bo kiedy stałem tak i chybotałem się na prawo i
lewo, zacząłem mieć mdłości. Spojrzałem na matkę. Właściwie… nie była zdenerwowana.
Bardziej skołowana i wystraszona. Poczekałem, aż skończy swoje przemówienie
przykładnej mamusi, wstałem i przytuliłem ją. Chyba była zaskoczona, bo nawet
nie odwzajemniła mojego jakże wylewnego gestu. Zrobiła to dopiero po dłuższej
chwili.
- Mamo. Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to najebałem się
dlatego, że moje życie prywatne właśnie chuj strzelił. Nie mam już nic, kurwa,
zupełnie nic i normalnie gdybym był tym kujonem, Colinsem z mojej klasy to
poszedłbym teraz na strych i się powiesił. Ale spokojnie, ja nadal jestem
zajebistym sobą, więc prawdopodobnie pójdę teraz na górę i przez kolejny
tydzień nie wychylę się z mojego pokoju, wegetując tam, grając, pisząc, płacząc
i wyklinając na ten popierdolony świat. Kocham cię, mamo, nie martw się o mnie.
Naprawdę. Przepraszam za wszystko. – wszystko mówiłem takim tonem, jakbym
oznajmiał jej że idę do wojska. Westchnąłem cicho na koniec, odsunąłem się,
ucałowałem ją w czoło i ruszyłem na górę.
Biedna mamuśka była tak zaskoczona, że stała w bezruchu, patrząc na mnie
jak na ducha i nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zamknąłem
się w pokoju. I jak mówiłem , nie wychodziłem z niego przez równy tydzień.
Kiedy w końcu nadszedł dzień, w którym zaszczyciłem rodzinę
swoją osobą przy śniadaniu, nikt nawet nie odważył się pisnąć słowa.
Zachowywali się jakbym przybył z zaświatów. Usiadłem, zjadłem i poszedłem. I to
tyle. Wielki come back. Nie powiem jednak że jakoś wielce brakowało mi oklasków
i zaczepek ze strony małych gnojków. Awantury matki też były zbędne. Było
dobrze tak, jak było. Po wykąpaniu się i ogólnym ogarnięciu stwierdziłem, że
wypadałoby wyjść do sklepu, chociażby po fajki, bo się skończyły. Zacząłem się
ubierać, kiedy usłyszałem głos matki z dołu, że Rose się tu przytoczył.
- Każ mu wypierdalać! – odkrzyknąłem. Nie byłem jeszcze
psychicznie gotowy na to starcie. Byłem pewny, że to nie koniec naszej
przyjaźni, ale teraz byłem gotowy rozpierdolić go na tak małe kawałki, że
pierdolonemu świetlikowi mogłyby wpaść do oka. A to mogłoby uniemożliwić nasze
dalsze kontakty.
Odczekałem jakieś pół godziny, od kiedy matka wyjebała
rudzielca z domu i sam wyszedłem. Taak, dawno już nie oddychałem tym
zanieczyszczonym powietrzem. Kupiłem w najbliższym kiosku papierosy i udałem
się do parku, gdzie przysiadłem sobie kulturalnie na ławce i zacząłem rozmyślać
nad tym, jak to szybko i zajebiście łatwo wszystko się zjebało. Przez cały ten
tydzień, kiedy byłem offline, miałem sporo czasu na przemyślenia. Stwierdziłem
między innymi, że nie pozwolę jakiejś lasce zepsuć relacje między mną i Axlem,
i tym samym naszych planów dotyczących założenia zespołu. Doszedłem też do
wniosku, ze Andrea jest po prostu zwyczajną, puszczalską szmatą, skoro ot tak
dała się przelecieć rudemu. Tak, od paru dni perfidnie jej nie trawiłem.
Wyrzuciłem peta i podniosłem tyłek z ławki, kierując się do domu. I to by było
tyle jeśli chodzi o spacerek.
Tak przynajmniej myślałem. W połowie drogi usłyszałem
znajomy głos.
- Izzy! – odwróciłem się i ujrzałem… Mhm, Andy.
- O… - nie pałałem entuzjazmem, przyznam. Eh, no kurwa,
dobra! Po prostu dobrze ten entuzjazm ukrywałem. W sumie miałem mieszane
uczucia.
- Długo… się nie widzieliśmy… - uśmiechnęła się niepewnie.
Zmierzyłem ją wzrokiem i starałem się zachować między nami dystans.
- Taa… No… musieliście być z Rose’m bardzo zajęci. - kurwa, debil. Idiota. Skończony bezmózg do
chuja! Nie wiem po co to powiedziałem, chyba żeby specjalnie zaznaczyć jaki
jestem zazdrosny… W każdym razie, nie zareagowała tak jak oczekiwałem. Zrobiła
natomiast coś totalnie… nieoczekiwanego. Odwróciła głowę i jakby otarła łzy. Aż
mnie serducho zabolało, no…
- Tak, pewnie. – zaśmiała się gorzko. – Olał mnie po
ognisku… Najpierw mówił że nic nie pamięta, potem nagle, że i tak by nam nie
wyszło, potem przeprasza, bo był pijany i go poniosło, każe mi zapomnieć… w między czasie widzę go z
dziesięcioma innymi laskami. Więc tak, byliśmy bardzo zajęci, wspaniale się
bawiliśmy, szczególnie ja…
Czy ja wspominałem coś o bólu serducha? Jeśli tak,
zapomnijcie. W tym momencie czułem tylko jebaną satysfakcję, a na mojej
zajebistej twarzy pojawił się kpiący uśmiech.
- I przyszłaś do mnie, żebym poprawił ci humor? Mam
powiedzieć jaki to Axl jest „be”, iść do niego i mu wjebać, czy może przelecieć
cię, żebyś poczuła się lepiej? – mój ton był zaskakująco chłodny. Mówiłem to
wszystko, patrząc na nią ze złością i widząc jak jej wargi drżą, a oczy się
szklą. – Jesteś kurwa żałosna. Kiedy mówiłem ci, jaki on jest, zamiast
posłuchać to jeszcze mi nawtykałaś, kurwa. Puściłaś się z nim i teraz
przychodzisz w łaski, wielce zaskoczona że nie ma ślubu i różowego pałacu? –
zaśmiałem się gorzko. – Wiesz co…? Wypierdalaj. Spierdalaj z mojego życia, bo
tylko wszystko komplikujesz.
Zakończyłem swój monolog i minąłem ją, zostawiając tam z
łzami płynącymi po policzkach. Kiedy odwróciłem się, nadal tam stała i drżała
lekko. Musiała płakać. Po chwili spuściła głowę i nie oglądając się zaczęła iść prawdopodobnie
w stronę domu. Tak, dopiero teraz zrobiło mi się jej szkoda. Przesadziłem, i to
w chuj. Nie chciałem żeby wszystko brzmiało tak ostro, nie chciałem kazać jej
wypierdalać… Po prostu cały czas pamiętałem tamtą sytuację, ten moment kiedy mi
kurwa mówi, że czuje coś do Billa, a potem wskakuje mu do namiotu… To , do cholery,
naprawdę bolało… Więc niech suka za karę też cierpi. Chociaż zmarnowałem prawdopodobnie właśnie
jedyną szansę na to, żeby coś między nami zaczęło się dziać…
Ta, biłem się tak z myślami całą drogę do domu. Aż zaczął
mnie łeb nakurwiać, i skończyło się tym, że naćpałem się tabletek i poszedłem
spać.
Także przez pierwszy miesiąc wakacji z nikim się nie
widziałem. Z Axlem, z tą ździrą, z innymi znajomymi, z nikim. Dopiero na
początku sierpnia zdecydowałem się zapukać do drzwi rudzielca. Powyklinaliśmy
na siebie, dostał ode mnie w ryj, potem się uściskaliśmy i poszliśmy na piwo. I
tak wyglądało nasze pogodzenie się. Opowiadałem mu o tym co robiłem, czyli
właściwie dużo nie mówiłem. Opisałem tylko moje nastawienie do Andy. Był tym
dosyć zaskoczony, ale nie drążył tematu. Opowiedział mi za to, jak było w NY, gdzie
pojechał stopem z Paulem i Monic, że grał w paru miejscowych zespołach, ale nie
na długo. Ze ilość jego potyczek z funkcjonariuszami odzwierciedlała już całkiem
pokaźna liczba, że parę razy siedział i jego starzy przewalili dość sporą ilość
kasy na jego grzywnę. Ogólnie.. całkiem nieźle się bawił. Tak więc ostatni
miesiąc wakacji, jak się można domyślić, spędziłem w podobny sposób jak Axl
pierwszy. I… nadeszła szkoła.
- Stary, ale ty głupi jesteś. Na twoim miejscu olałbym budę,
skoro nie miałeś przez to przesrane i nie wracał tam! – ja, Axl i Paul szliśmy
właśnie na spotkanie pierwszego stopnia z pierwszym dniem, rozpoczynającym
trzecią klasę w Jefferson High.
- Pierdolisz od rzeczy. – zgasiłem grzecznie kolegę. – Rose
doznał chyba objawienia, skoro w tym jego małym i wyssanym przez tanie jabole
mózgu pojawiła się myśl, że może jednak warto skończyć szkołę.
- Przypierdolę ci za te wzmianki o mózgu! – obruszył się sam
zainteresowany. Poklepałem go tylko po głowie, mrucząc pod nosem „dobry Axl,
nie denerwuj się” i uchyliłem się parę sekund później przed jego ciosem, śmiejąc
się razem z Paulem. – Chuje. – skwitował nas rudzielec i sam zaczął się
śmiać. Jakoś przeboleliśmy w każdym razie ten dzień… Wszystko byłoby w całkiem poprawnym porządku,
gdyby nie to, że parę razy widziałem Andy. Tak, jasne, że było to nieuniknione,
ale… kurewsko dziwnie czułem się,
patrząc tak na nią, ale nie uśmiechając się. Mijając ją bez słowa… Czasami
myślałem nad tym czy by z nią nie pogadać, przeprosić i wyjaśnić sobie niektóre
sprawy… Brakowało mi jej, to jasne. Naszych wypadów, tylko ja, Axl i Andrea. Głupich
pomysłów, łamania przepisów… Ale były dni kiedy nawet przez sekundę o niej nie
myślałem. Było ciężko, ale nie aż tak, żebym popadał w jakąś depresję. Z
drugiej strony ciekawe jak ona sobie radziła…? Oczywiście, że Axla nie mogłem
zapytać, toż gówno wiedział. Nikogo w sumie, bo Andy nie zadawała się z żadną
osobą z jaką ja teraz. Znaczy, znajomych mieliśmy tych samych, ale nie
przyjaciół. Właśnie szedłem naszym szkolnym korytarzem, by zwlec się spóźniony
na matmę, kiedy… Bum. I książki się posypały.
- Cholera, wybacz… zagapiłam się…
- Nie pierdol, tylko patrz kurwa jak…. – podniosłem wzrok i
zobaczyłem… kogo? No zgadnijcie. Na mojej twarzy od razu pojawiło się coś na
kształt obrzydzenia. – Oo… - wydałem z siebie odgłos jakby mi ktoś podsunął
zdechłego kota pod nos. Klęczała, zbierając książki. Spojrzała na mnie ze
smutkiem i żalem. I może jakby… tęsknotą? Z moich oczu za to pogarda ciekła
strumieniami. Stałem tak tam i patrzyłem jak zbiera książki. Milcząc i patrząc
na nią jak na ostatnie ścierwo. Podniosła się i spuściła na chwilę wzrok,
otwierając buzię, ale zaraz ją zamknęła. Kiedy znowu podniosła głowę po jej
policzkach spływało akurat parę łez. Od razu złagodniałem, jednocześnie czując
to cholerne ukłucie w sercu. Znowu doprowadziłem ją do płaczu. Robiłem to kurwa
świadomie, z jakąś pierdoloną satysfakcją, ale… nie wiem, nieumyślnie? Nie no.
To bez sensu. Trudno to kurwa określić. Wyminęła mnie, wpatrując się w podłogę
i szybkim krokiem ruszyła do damskiej toalety.
Chciałem coś zrobić. Iść za nią. Przytulić. Pocieszyć. Przeprosić.
Nie.
Nie kurwa, nie będę padał przed tą suką na kolana, jeszcze
czego, kurwa. To jej wina, że się nie odzywamy.
Wszedłem do klasy.
I mijało. Miesiąc, dwa miesiące, listopad, grudzień, potem
święta, ferie i te sprawy. Kolejne miesiące… Znowu lato zajrzało do
Laffayezadupia. Prawie codziennie chodziłem najebany, a jak akurat nie piłem to
jarałem, wciągałem co się dało. Na koniec jednak wziąłem się w garść i zdałem
jebaną maturę. Na dwa, bo naćpałem się jakichś pobudzaczy umysłowych i
zbajerowałem do tego trochę egzaminatorkę. No, ale ZDAŁEM. Oczywiście trzeba to
było opić. Bal olałem, za to poszedłem z
Paulem i paroma innymi znajomymi na domówkę do Sindy. Miała wieeelką
chatę. Jak hotel, kurwa. Burżuazja jebana. Robiła imprezę dla maturzystów. Axl…
No tak, hm… W sumie po jakimś tygodniu po rozpoczęciu roku go wyjebali ze
szkoły i tym zniszczyli jego dobre intencje, więc maturzystą nie był. Mimo to i
tak wjebałby się na imprezę, gdyby nie to że siedział w areszcie. No więc… Jest
sobie impreza. Pijemy, bawimy się… Siedziałem akurat na tarasie, bo tam był
basen i laski latały w samych strojach.
- Hej, Izzy… - usłyszałem obok siebie. Odwróciłem się i o
mało co nie zadławiłem drinkiem. Andy. Była w czarnej sukience, takiej obszytej
koronką. Z luźniejszymi rękawami, opadającymi jej na przed ramiona i zajebistym
dekoltem. Odwróciłem spojrzenie od jej piersi i przeniosłem na oczy. Była
pijana. Pewnie dlatego odważyła się zagadać. – Słuchaj… ja… kurwa, przepraszam.
Tak cholernie cię przepraszam. – głos jej lekko zadrżał, a wzrok wlepiła w
ziemię. – Wiem, że odjebałam coś po czym
nawet nie masz ochoty na mnie patrzeć… Ja… Chciałabym to jakoś naprawić. Byłam
głupia… ślepa, że nie zauważyłam tego, że… to… ty… - podeszła bliżej i wbiła we
mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu. - …Że... nie wiem jak to ująć.
Podobałam ci się…? – wzruszyła ramionami. – Bo… było tak, nie…? Dlatego tak
zareagowałeś kiedy mówiłam ci o… o Billu. I dlatego potem zachowywałeś się tak
na ognisku…
Urwała i patrzyła na mnie wyczekująco. Nie wiedziałem,
kurwa, co odpowiedzieć. Więc dopiłem whisky do końca i odstawiłem szklankę.
Zmierzyłem ją wzrokiem i kiwnąłem twierdząco głową. Przyciągnąłem ją do siebie,
kładąc dłonie na jej talii. Nie protestowała. Myślała chyba, że chcę przytulić
ją na zgodę, bo od razu do mnie przylgnęła.
- Dalej mi się podobasz… - wymruczałem jej do ucha i
poczułem jak przeszedł ją dreszcz. Byłem wcięty, ale nie tak pijany jak ona.
Zjechałem dłonią na jej pośladek. – Chodźmy do jakiegoś pokoju, zostańmy sam na
sam… Nikt nie będzie nam przeszkadzał, co ty na to…? – nadal miałem obniżony głos, a ona zachowywała się jakby
moje słowa były dla niej rozkazami i posłusznie je wykonywała. Po chwili już
zamykałem drzwi od sypialni rodziców Sindy. Andy położyła się na łóżku, kładąc
ręce ponad głowa i przeciągając się przy akompaniamencie cichego pomruku. Kurwa,
to było jednoznaczne do „chodź tu i przerżnij mnie w końcu”. Jak mogłem nie
spełnić jej prośby…?
Pochyliłem się nad nią i musnąłem ustami skórę na jej szyi,
przesuwając potem nimi w górę. Uśmiechała się i dalej miała zamknięte oczy.
Jutro niczego nie będzie pamiętać. Lepiej dla mnie. Po paru sekundach składałem
już kolejne pocałunki na jej rozgrzanych wargach. Kurwa, ile ja czekałem na ten
moment. Żeby choć ją pocałować, a teraz…? Teraz leży pode mną, gotowa i chętna,
kurwa, otwarta na propozycje tego co mogę z nią zrobić. Zajebiste uczucie.
Obróciłem się z nią, nie przerywając pocałunków, tak, żeby leżała na mnie i
zacząłem rozpinać jej sukienkę. Zero protestów, kiedy powoli ją z niej
zdejmowałem. Znowu zmieniliśmy pozycję i teraz to ja leżałem nad nią, chłonąc
wzrokiem jej zajebiste ciało. Uśmiechnęła się
tylko i zdjęła mi koszulę, zaczynając dobierać się do spodni.
Zamruczałem cicho i zacząłem obsypywać pocałunkami jej dekolt. Po chwili
leżeliśmy już w samej bieliźnie, całując się zachłannie. Całkowite odcięcie od
całego świata, teraz liczyła się dla mnie tylko ta chwila. Tylko ta dziewczyna.
Wszystko inne, straciło znaczenie. To, co zrobiła. To, co się działo. Nawet to,
że właśnie jesteśmy na imprezie. Kogo to, kurwa, obchodziło?
Po kolejnych minutach, które zdawały się być godzinami,
leżeliśmy nago. Zwiedzałem ustami i językiem każdy możliwy skrawek jej ciała,
wsłuchując się w ciche westchnienia. Kiedy czułem, że jest gotowa, wszedłem w
nią. Tak po prostu. Kurwa. Jakby była jakąś pierwsza lepszą, poznaną na
imprezie laską, albo jakbyśmy ze sobą byli, nie wiem. Choć w zasadzie,
zdecydowanie była tą pierwszą opcją. To, że teraz się z nią pieprzyłem,
praktycznie bez jej zgody, bo wydaje mi się, że była zbyt pijana żeby myśleć,
jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało. W końcu dostałem, czego chciałem. Doprowadziłem
ją na szczyt i sam skończyłem prawie w
tym samym momencie. Żeby nie wyjść na skurwiela nie wyszedłem od razu z pokoju
tylko położyłem się obok. Od razu się do mnie przytuliła. Kurwa, jeszcze jakiś
czas temu z pół roku jarałbym się takim obrotem sytuacji.
- Izzy…? – usłyszałem jej cichy, łagodny głos.
- Hm…?
- Jeszcze raz cię przepraszam… Chciałabym to cofnąć.
Chciałabym… być z tobą. C…coś do ciebie czuję.
Przez chwilę leżałem sparaliżowany, przetwarzając jej słowa.
- Jesteś pijana…
- No... I dlatego jestem w stanie ci to w końcu powiedzieć.
Wybacz, że jestem takim kurewskim tchórzem… Powiedz… mamy… mam… jeszcze szanse?
Możemy być… razem…?
Nawet nie wiedziałem, kiedy na moją twarz wpłynął kpiący
uśmieszek. Czemu teraz? Czemu, kurwa, TERAZ? Czemu nie parę miesięcy wcześniej?
Wtedy nie byłem takim gnojem.
- Oczywiście, skarbie. – pocałowałem ją w głowę i
przytuliłem.
Swego czasu po tym wyznaniu płynącym z jej ust byłbym
najszczęśliwszym człowiekiem świata. Teraz… szczerze mówiąc… miałem na to
serdecznie wyjebane. Od kilku tygodni miałem już ściśle ustalony plan na życie,
o ile można tak to określić i nie było w
nim miejsca dla kobiet. Chyba, że chodzi o dziwki lub panienki na jedną noc. Co
by się nie działo, jutro wyjeżdżam do Kalifornii. Jestem już zapakowany, mam
forsę, matka się z tym pogodziła. Nie przekładam tego kurwa nawet dla Rose’a,
który wyjdzie z pudła dopiero za dwa miesiące. Nie mam zamiaru marnować w tej
dziurze nawet godziny życia więcej, niż to konieczne.
- Może odstawię cię do domu…? Chyba nie chcesz tu zostawać
na noc, a nie jesteś w stanie raczej dłużej imprezować. – zagadnąłem.
- Ojciec… mnie zajebie. – usłyszałem przy uchu cichy śmiech,
a potem lekki ruch. Sam wstałem i zacząłem się ubierać. Kiedy skończyłem, ona
dopiero brała do ręki sukienke.
- Pomóc…? – uniosłem brew.
- Nie trzeba… - znowu cichy śmiech i parę minut później była
gotowa do wyjścia w ludzi.
Na szczęście nie robiła żadnych problemów kiedy
wyprowadzałem ją z imprezy. Przez całą drogę coś gadała, a ja tylko
przytakiwałem, myślami będąc już przy jutrzejszym dniu.
- Słuchasz mnie w ogóle…? – zapytała niepewnie.
- Mhm.. tak, tak.
- A więc…? Może jakaś reakcja…?
- Aa, no. No tak, też tak sądzę. – Docieraliśmy pod jej dom.
Zastanawiała się chwilę nad czymś.
- Znaczy… Też mnie… kochasz…?
Zatrzymałem się i powoli odwróciłem w jej stronę. To muszą
być jakieś pierdolone żarty. Kogoś tam na górze mocno pojebało i spełnia
marzenia z niezłym opóźnieniem.
- Czy ty mi wyznałaś miłość? – uniosłem brew do góry. Powoli
kiwnęła twierdząco głową. – Kurwa! – nie wytrzymałem i postanowiłem wyładować
swoją złość na niej. – Czy ciebie pojebało?! Jakiś rok ze sobą nie gadaliśmy!
Puściłaś się z moim najlepszym kumplem! Tyle razy okazywałem że jestem tobą
zainteresowany, a ty miałaś to w dupie! Teraz się najebałaś, dałaś mi dupy i
już planujesz małżeństwo?! Dziewczyno, ogarnij się! Nie można mieć kurwa
wszystkiego na raz, już wybrałaś, przeszłość kurwa nie wróci specjalnie na
twoje życzenie. Mam teraz ważniejsze sprawy, a ty idź kurwa wytrzeźwieć. –
machnąłem na nią ręką, odwróciłem się i odszedłem w stronę swojego domu.
Jeszcze przez chwilę stała tam i płakała. Znowu to zrobiłem. Znowu
doprowadziłem ją do płaczu. Znowu tego żałowałem. Mimo wszystko, miałem ochotę
tam wrócić i ją przytulić. Naturalnie jednak, że tego nie zrobiłem. Wróciłem
spokojnie do domu. Wziąłem prysznic, włożyłem jakieś gacie i położyłem się.
Następnego dnia obudziłem się koło dziewiątej, od razu z tą
jedną, zajebistą myślą. To już dzisiaj.
Dzisiaj opuszczam na zawsze to chujowe miasto. Wstałem, ogarnąłem się i
zacząłem znosić walizki na dół.
- Jeff… tak szybko jedziesz? – usłyszałem głos matki.
- Chcę tam być jeszcze dzisiaj, a to kawałek drogi… -
wyszedłem, żeby zapakować wszystko do starego chevroleta , którego ojciec
zostawił dawno temu i od tamtego czasu stał nie używany, bo matka nie miała
prawka. Zacząłem ładować do niego perkusję i wzmacniacz. Matka wyszła za mną i
stanęła w drzwiach, obserwując.
- Zjedz chociaż śniadanie, pożegnaj się z braćmi, kolegami…
- Dobra, jadę od razu po śniadaniu. – odpowiedziało mi jej
westchnienie. Nie chciała wypuszczać mnie z domu. Jasne, nie dziwię jej się,
dlatego postanowiłem zostać jakieś pół godziny dłużej. Zjedliśmy całą rodzinką,
pożegnałem się z małymi bachorkami, matka napchała mi żarcia żebym miał na
drogę i prawie zadusiła, żegnając się. Pocałowałem ją w czoło i powiedziałem
ostatnie „pa”, po czym w końcu wjebałem się do samochodu. Włączyłem radio,
przekręciłem kluczyk.
- Hasta la Vista, pierdolone Lafayette. – mruknąłem pod
nosem i ruszyłem w stronę autostrady numer sześćdziesiąt pięć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)